Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Gdy widze tor... (A. Walicki)





ST. LEGER

Zacznę od spraw najświeższych, a więc od St. Leger. Jazda Krowickiego nie podobała mi się za bardzo, ponieważ przede wszystkim nie potrafił Patronusa postawić na chód, a to u tak dużego konia jest rzeczą podstawową, żeby wygrać. Ostrzegałem, że koń jest tępy i przede wszystkim należy go wprowadzić w prawidłowy galop. W rezultacie Patronus nie wyciągał się lecz skakał w górę tracąc energię i szybkość. Dopiero jakieś dwieście metrów przed celownikiem dżokejowi udało się go rozbujać, ale było to już trochę za późno - Camerun uciekł, a Patronus musiał wdać się w walkę z innymi końmi.
Przyczyny porażki Patronusa upatruję - jak wspomniałem - w nieosiagnięciu prawidłowego chodu, co powinno nastąpić 1000 - 800 metrów przed celownikiem. Jako dwulatkowi zdarzało mu się to już w kilku gonitwach. Być może Camerun jest po prostu lepszy, trudno mi oceniać, w każdym razie ostatnia prosta mogłaby wyglądać inaczej. Szacowanie jest o tyle trudne, że ostatnie 100 metrów Piątkowski w zasadzie nie jechał, gdyż nie był do tego zmuszony. Co by było, gdyby okazało się to konieczne? Nie wiem. W każdym razie w Wielkiej Warszawskiej wszystko będzie możliwe pod warunkiem, że dżokej zmusi Patronusa do prawidłowego galopowania.
Krowicki sam przyznał, że się spóźnił. Jeszcze na zakręcie powinien zacząć trzymać się Cameruna i rozbujać Patronusa. Ale bywają konie, a ten do nich należy, bardzo trudne. Sama rutyna wtedy to zamało, to trzeba umieć. Wielu wielkich jeźdźców nie posiada tej umiejętności. To nie to samo, co jazda na Prince. Tamten ma klasę, czego trochę brakuje Patronusowi. No i ten feler - brak przyspieszenia, który może okazać się zaletą, gdy się to dobrze rozegra. Ponadto ogier dobrze czuje się w grupie, więc Wielka Warszawska jest właśnie dla niego. W St. Leger biegł prawie samotnie zewnętrznym kołem, trochę wspierał go Pilar, ale to za mało. Patronus w grupie biegnie energiczniej i dżokej ma z nim mniejsze problemy.
Przypuszczenia, że powodem osiągnięcia słabszego wyniku były przyczyny zdrowotne Patronusa są niesłuszne. Można dostrzec u niego trochę inny chód, ale to dotyczy większości koni z hodowli Andrzeja Zielińskiego. Patronus nie kłusuje, od razu galopuje. Taki sam był Prince of Ecosse - jeszcze przód mu jakoś "chodził", ale tył dreptał w miejscu. Ale nie zapominajmy: to nie są kłusaki, to folbluty, które mają galopować. Z resztą wiele innych dobrych koni prezentowało tę samą cechę, chociażby Kabaret, Doriant, czy u Doroty Kałuby Nowogródek. Korab u mnie także przez rok nie kłusował. Po Nagrodzie Strzegomia pojawiła się ropa w kopycie, później występ w Wiedniu spowodował rozbicie łopatek, ale już jako czterolatek wrócił do pełnej sprawności.
Patronus nie miał żadnych problemów po St Leger. W zasadzie nie odczuł gonitwy. Apetyt dopisuje mu jak innym koniom w mojej stajni.

Na pytanie który z koni ma większe szanse w Wielkiej Warszawskiej - Patronus czy Kundalini nie odpowiem. Nie wiem. Kundalini zwyciężyła w takiej sobie stawce, ale nie zapominajmy, że jesienią dyspozycja klaczy rośnie. Ona dobrze czuje się na torze miękkim, Patronus - na elastycznym. Widzę mniej więcej równe szanse dla tej pary.
Na prośbę porównania obecnego rocznika z poprzednim powiem w oparciu o stan mojej stajni: obecnie w czołowce jest Patronus, w zeszłym roku był Young Boy. Każdy z nich jest reprezentatywny dla swojego rocznika trzylatkow. Zdecydowanie bardziej podoba mi się Patronus. Żeby nie było nieporozumień: oba ogiery mają swoje wady, nie posiadają odpowiedniej klasy. Mimo to Patronus potrafi w jakimś momencie się wyciągnąć, Young Boy natomiast galopował krótko, siłowo i bez przyspieszenia. Nie odczuwał specjalnie gonitw, ale ileż batów dostawał od tego Turgaeva! Może jego obecny stan to konsekwencja zeszłego roku?


Ecosse producentem destruktów?

Ostatnią, niepomyślną wiadomością dotyczącą uczestników St.Leger, jest nieszczęście, jakie spotkało Pillara. Nie widziałem incydentu przy kanacie, gdyż całą uwagę pościęciłem wtedy wyłamywaniu przez Patronusa po wyjściu na prostą, ale uważam, że przy masie rozpędzonego konia każde zakłócenie akcji, np. gwałtowne wyhamowywanie, doprowadza do ogromnych przeciążeń i nie jest niczym specjalnie dziwnym pęknięcie kości, szczególnie w połączeniu z chwilowym zachwianiem równowagi. Pillar niepotrzebnie był w którymś momencie "wciskany" do kanatu. To koń, który - podobnie jak Prince - ma długą akcję, więc bardzo się rozciąga i wyrzuca nogi do przodu, przez co potrzebuje dużo miejsca. A przy kanacie z reguły jest ciasno. Taka jazda jest niedopuszczalna. Na usprawiedliwienie Szymczuka mam tylko jedno - nie on ten scenariusz wymyślił, a wręcz był do niego bardzo nakłaniany. Teraz widzimy skutki.
W nawiązaniu do kłopotów Pillara powracają opinie o przekazywaniu porzez Ecosse'a skłonności do kontuzji. Stwierdzam, że Ecosse daje konie klasowe i jest już sprawdzony jako reproduktor. Miał problemy ze ścięgnami, ale łamanie kości to raczej kwestia odchowu, a nie genetyki. Myślę, że właśnie tu robiono jakiś błąd. Andrzej Zieliński preferował pasze, nie uznawał owsa na którym opiera się cała światowa hodowla koni pełnej krwi. Przypuszczam, że wskutek jakiegoś błędu w doborze składników pożywienia kości nie są właściwie wypełniane, nie są wysycane niezbędnymi związkami, czego konsekwencją są kontuzje.
Jestem zwolennikiem chowu naturalnego, chociaż nie odrzucam potrzeby dodawania suplementów. Gleba pastwisk pana Zielinskiego nie należy do najlepszych, a to jeden z podstawowych czynników decydujących o jakości hodowli. Przykładem może być stadnina pana Tomaszewskiego założona na Pomorzu na glebach nie nadających się do chowu koni. To pociąga za sobą skutki, które widzimy.


Oczywiście, niedobory gleby można wyrównywać przez serwowanie dodatków. Tak robi Andrzej Zielinski, ale konie z jego hodowli przychodziły do mnie z reguły przerośnięte. Tak jak Prince mieścił się jeszcze w ramach, bo mierzył 159 cm, tak np. Boozer czy Maximus miały po 163-5 cm, a obecnie około 175! To jest charakterystyczne dla ogierów po Ecosse: duża masa, której prawdopodobnie słabo wysycone kości w niektórych sytuacjach nie wytrzymują. Nie dotyczy to klaczy, które - nie odbiegają od normy.
Stadnina posiada doskonałe klacze sprowadzane z zagranicy, więc jakość krwi przewyższa znacznie ogólnopolską średnią. Ponadto właściciel, co jest bardzo istotne, bardzo dba o konie i nie żałuje na hodowlę środków.
Problem odpowiedniego doboru składników żywienia jest niezmiernie trudny.
Moim zdaniem powinno przestawić się na karmienie naturalne z maksymalnym uzupełnieniem mikroelementów, których brakuje w glebie (ideałem byłaby gleba z okolic Strzegomia, Iwna czy Widzowa). Znacznie, do kilkunastu procent, zmniejszyłbym za to podawanie mieszanek, które ograniczyłbym do wysokowitaminowych.
Reasumując: hodowla koni to trudna sprawa i trzeba brać przy niej pod uwagę wszystkie czynniki, by osiagnąć dobry skutek. Uważam, że Andrzejowi Zielińskiemu udało się, a po wyeliminowaniu mankamentów problemy znikną.
Właściciel zatrudnił znanego hodowcę i już widać pierwsze efekty - konie, które w tym roku trafiły do Janikowskiego są znacznie mniej wybujałe. Mam nadzieję, że fama o produkowaniu destruktów przez Ecosse'a szybko umrze śmiercią naturlną.
Są tacy, którzy odnieśli sukces hodowlany bez udziału fachowca. To są wyjatki. Z reguły jednak branie zbyt dużej ilości obowiązków na siebie przynosi złe skutki. Prezesowanie i jednoczesne zajmowanie się hodowlą, bo szkoda pieniędzy na zatrudnienie hodowcy z prawdziwego zdarzenia, przynosi mierne efekty.


Kondycja wyścigów i hodowli

Jovell był szykowany na Wielką Warszawską. Był równorzędny Patronusowi, a może nawet przewyższał go, bo szedł bardzo dobrze w posyle. Nigdy nie biegał w swoim dystansie (2400-2600 m). Nie zapisywałem go do Derby, bo to późny koń. Ale nie doczekał Wielkiej Warszawskiej - został sprzedany prawdopodobnie pod wpływem nacisków agencji handlującej końmi. Takie postępowanie w środku
sezonu ukazuje jaka jest ta państwowa hodowla. To grupa ludzi wyznaczonych do pilnowania stada zwierząt. W normalnym świecie nie zdarza się sprzedawanie konia dobrego. Sprzedaje się konie słabe w sezonie, przed, czy po sezonie, w dzień lub w nocy. Jeżeli ktoś pozbywa się konia dobrego oznacza, że ma klapki na oczach. Przede wszystkim pociągnie to za sobą zarzuty o braku wygranych w ważnych gonitwach. W związku z tym nastąpią kłopoty z funduszami na zakupy dobrego ogiera, jak było u pani Świdzińskiej. Dochodzi wreszcie do likwidacji stadniny, oczywiście w dalszej perspektywie. Takie są wieloletnie konsekwencje jednego nieprzemyślanego kroku. Później jest zdziwienie brakiem zainteresowania na aukcjach. Gdyby stadnina wygrała Wielką Warszawską kupcy na pewno by się znaleźli.

Drugą tragiczną sprawą dla polskiej hodowli jest brak porządnych ogierów kryjących. Te, które się obecnie poróbuje nigdy nie biegały, mają jedynie pochodzenia. W ten sposób trafić można jednego na sto reproduktorów. Zresztą może przesadzam, przecież panowie Pokrywka i Zieliński mieli szczęście. Co z tego jednak, skoro brakuje klaczy do krycia? W hodowli nie wybije się ogier, który w pierwszym roku kryje 5-6 klaczy, a później po dwanaście czy trzynaście!
Dwadzieścia lat temu apelowałem do władców polskiej hodowli: pana Budnego i pana Wyszockiego o stworzenie czegoś na wzór Coolmore - stadniny, w której kryłyby trzy najlepsze ogiery po np. osiemdziesiąt klaczy rocznie. Tak się robi na świecie, ale nie u nas. Strach przed ryzykiem, brak chęci do działania - no bo trzeba przecież ruszyć się, przyłożyć do kupna tych koni - doprowadziły po latach do takiego stanu, jaki obecnie mamy.
Austria kupuje konie, bo nie ma własnej hodowli, tak samo Norwegia. Powodem jest brak właściwych warunków naturalnych. Węgrzy czy Czesi swojego czasu pomyśleli właściwie i mają efekty. U nas myśli się dopiero od trzech lat, ale nie robi tego państwo, które powinno posiadać środki na utrzymanie i rozwój stadnin. Tak naprawdę decydentów ta sprawa nie interesuje i jest znacznie gorzej niż za czasów komuny, kiedy poziom naszej hodowli był przyzwoity, a nawet na tle ówczesnej Europy, wysoki. Ale wtedy był pan Schuch wiedzący o koniach wszystko, który miał swoich przedstawicieli w Angli. Od czasu do czasu robili dla niego zakupy. Taki układ miał sens, bo przecież siedząc w ministerstwie, w krawacie, nie wybierze się konia.

Zmarnowało się okazje, jakie tworzył Jednaszewski przebywając na torach we Francji. Często dzwonił, sygnalizował ciekawe oferty. Nawet niekoniecznie za pieniądze, w grę wchodziła również wymiana. Od jakichś 25. lat panuje jednak marazm, przekonanie o niemożności, czego efektem jest fakt, że przeciętny polski folblut tak naprawdę jest półkrewkiem. Do tego doprowadził zastój i brak napływu świeżej krwi.
Według mnie branża nie ma już szans na podniesienie się i rozwój. Owszem, sprawa przedstawiałaby się inaczej, gdyby tory znalazły się w prywatnych rękach. Właściciel ryzykowałby własną kasą, więc interesowałby się rozwojem i osiąganiem zysków. Ale teraz rządzi wyścigami firma państwowa, której tak naprawdę to wszystko nie interesuje. Jakieś losowania, zdrapki - tak, ale chociażby wpuszczenie zakładów w internet, co wydaje się być krokiem niezmiernie ważnym - to już nie. Zaistnienie w sieci to szansa na zwiekszenie dochodów. Nie korzysta się z niej i za parę lat podniosą się głosy o deficytowości branży. Dużo łatwiej jest wypuścić loterię, wylosować numerki czy inne dziadostwa niż ogarnąć zagadnienia wyścigowe i hodowlane.
W Polsce dużym problemem jest to, że jest za mało koni w stosunku do programu, który i tak jest dość skromny. Mamy trzykrotnie mniej koni niż Czesi mieszkający w kraju znacznie mniejszym od naszego. Ale tam posiadanie konia jest nobilitacją. A u nas? Przez dwadzieścia pięć lat dziennikarze opluwali wyścigi, bo to wolno było robić, państwo pozwalalo. Wpoili w ludzką świadomość mity i legendy o majątkach na torze. A prawda jest taka, że nie spotkałem jeszcze w naszym kraju zamożnego dżokeja. Wejdźcie do ich domów - tam nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma szkoły, w której uczyliby się rzemiosła następcy, więc skąd brać narybek? Najbliższa szkoła jeździecka jest w czeskiej Pradze. To stamtąd wychodzą Janaczkowie czy Juraczkowie. A przecież nasi Mełnicki czy Hutulec przewyższali ich o głowę. Teraz oni są górą. O dwie głowy.

Czemu się tu dziwić? Polski Jockey Club nie robi właściwie nic. Zapisane mają w programie prowadzenie kursów zawodowych, więc je robią, chociaż moim zdaniem powinny się one odbywać w stajni, nie w biurze. To jest mydlenie oczu, działanie pozorne. Poza tym od początku swojego istnienia nie zrobili żadnego kroku do przodu. Chociażby taka sprawa jak dbanie o czystość reguł gry. Na Służewcu pracują trenerzy z zagranicy, firmują ich działalność nasi trenerzy. Prezes Jockey Clubu o tym nie wie, przebywając codziennie na miejscu? Nie mieszka przecież w Nowym Yorku!
Sprawa jest o tyle kuriozalna, że ci ludzie są fachowcami, mają za sobą wygrane derby i oaksy, a u nas muszą pracować pod przykryciem. A wszystko to dlatego, że nie znaleźli życzliwości u jakiegoś urzędnika.
Dodatkiem do Jockey Clubu jest Totalizator. Ci panowie zajmują się wyścigami, bo muszą. Zachowują się tak, jak ja pewnie bym się zachowywał, gdyby zrobiono mnie kierownikiem w fabryce maszyn. Może, gdybym był młodszy, starałbym się jakoś zaistnieć. Totalizator nawet tego nie robi, bo nie rozumie, nie zna się na rzeczy i - co ważne - nie lubi. Te ostatnie eksperymenty z zawieszaniem niektórych typów zakładów, tworzeniem nowych reguł są sprawą nie do pomyślenia w świecie. Przyszedł nowy człowiek, który prawdopodobnie pierwszy raz zobaczył z bliska wyścigi, bawi się, a góra mu na to pozwala. Gdyby Totalizator był firmą prywatną nikt nie zgodziłby się na takie eksperymenty w trakcie trwania sezonu, gdyż stanowiłoby to zagrożenie dla osiąganych
przychodów.
Panowie z Totalizatora odwalają swoją robotę, bo przecież płacą im pensję. I to bym może jeszcze jakoś zrozumiał. Ale bezczynność i uśpienie Jockey Clubu widzę jako czynnik całkowicie destabilizujący polskie wyścigi. Podam taki przykład: czy wyobrażacie sobie naszego Prezesa, jak dzwoni do Czech czy na Słowację i zaprasza do zapisu na warszawskie Derby? Chyba nie! A do mnie co roku w tej sprawie dzwonią z czeskiego Jockey Clubu, powiadamiają i przypominają o terminach. Tak właśnie powinno się działać - angażować się w to, co się robi, przejawiać inicjatywę, a nie traktować organizacji jak wygodne miejsce na doczekanie się emerytury! Niby działa przy Prezesie Rada, której głównym uprawnieniem jest odwoływanie prezesa i powoływanie nowego. Poza tym stanowi - jak niegdyś rady robotnicze - demokratyczne alibi dla pryncypała.

Mam już 72 lata, przez ponad czterdzieści lat napatrzyłem się na wyścigi. Pamiętam nie tylko złe czasy. Bo kiedyś było na pewno lepiej. Wydawało się, że wraz z wolnością gospodarczą na Służewiec trafi postęp i rozwój. Przyszła bieda, zniechęcenie i bylejakość

Niedługo pożegnam się z końmi. Nie z powodu wieku czy zdrowia. Głównym powodem jest fakt, że gdy widzę tor robi mi się przykro. Zbyt dobrze pamiętam czasy, gdy było na nim normalnie.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego