Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Klusaki - zabojcy kwinty


Marek Rostocki

Kłusaki - zabójcy kwinty

Słuchając wypowiedzi ludzi toru i czytając wpisy na niektórych forach poświęconych wyścigom konnym można wysnuć taki wniosek: nikt nie ma nic przeciwko kłusakom, ale najlepiej by było, gdyby ścigały się na Partynicach, w Sopocie, na Madagaskarze nawet, byle nie na Służewcu.

Argumenty są różne, od merytoryczno-technicznych ("kto widział wyścigi kłusacze na trawie!"), po ekonomiczno-finansowe ("pula w tych gonitwach jest dramatycznie niska").
W nadchodzącym sezonie znowu będziemy mieli okazję obejrzec gonitwy sulek. Dla niewtajemniczonego widza jest to atrakcyjne urozmaicenie weekendowej imprezy, powiew czegoś nowego i egzotycznego. Dla zaangażowanego gracza - powód do niezadowolenia, szczególnie, gdy kłusaki trafią do kwinty.
Jak typować, skoro nie ma na czym się oprzeć? Z folblutami sprawa jest prosta: sprawdzamy pochodzenie do dwudziestego pokolenia wstecz, analizujemy statystykę osiagnięć przodków i szukamy prawidłowości. Do tego dokładamy historię kariery sportowej osobnika i już wszystko wiemy: gdy szesnasta matka z rodu była gniada, a interesujący nas folblut zdobywał nagrody na torze twardym w drugiej dekadzie poprzednich sezonów, gdy ojcem jego ojca był Iks, a cioteczna babka zdobyła w 1987 Oaks, zwycięstwo mamy w kieszeni! Wpisujemy okaza do kwinty.
Tak postępuje gracz-teoretyk i w zasadzie wyścigi kłusaków w niczym mu nie przeszkadzają. Przeprowadza badanie w podobny sposób, chociaż wymaga to nieco większego wysiłku, bo i materiał statystyczny uboższy.
Znacznie gorzej mają gracze-praktycy, którzy swą wiedzę podpierają układami, znajomościami, czy po prostu przeciekami ze stajni. Jak dowiedzieć się czegokolwiek o zawodnikach występujących gościnnie i posiadających trudne do zapamiętania imiona? Do kogo zwrócić się z przysłowiowym "Daj pan typa"?
Pozostaje jeszcze rzesza graczy sobotnio-niedzielnych, całkowicie odciętych od źródeł informacji, nie potrafiących wyławiać ich z internetu, którego przeważnie w domach nie posiadają. Oni moga już tylko strzelać w ciemno, albo po prostu powstrzymać się od obstawiania.
Ta pobieżna analiza klientów toru pozwala wysnuć następujacy wniosek: nie lubimy kłusaków, bo mało o nich wiemy, bo psują nam kwintę i w ogóle są jakieś takie dziwaczne. Już sam fakt, że "ludzki" zawodnik nie nazywa się "dżokej" tylko "powożący" budzi niesmak, a nawet odrazę!
Tyle o graczach, a co na to wszystko właściciele arabów i anglików? Oni też w większej części są niezadowoleni z występów sulek. Niby z jednej strony wszystko jest OK: kłusaki nie nadwerężają zbytnio puli nagród, gdyż w dużej mierze ich gonitwy są dotowane (i tu chyba tkwi tajemnica determinacji totalizatora w propagowaniu tego sportu) przez zagraniczną organizację wózkarzy, z drugiej - woleliby nie widzieć tych odmieńców na Służewcu. Niejednokrotnie byłem świadkiem dość kategorycznych wypowiedzi na ten temat. Takie stanowisko budzi pewne podejrzenia, których jako jeden z właścicieli koni wolę nie artykułować.

Moja opinia jest taka: inicjatywa organizatora, bez względu na kontekst ekonomiczny, jest słuszna. Uważam, że w perspektywie wieloletniej zapaści wyścigów konnych, braku podstawowych działań na rzecz zainteresowania tym sportem młodszej części populacji (czego powodem jest m.in. nieobecność wyścigów w mediach), a wreszcie wyraźnej ksenofobii środowiska koniarzy, każde działanie zwiększające atrakcyjność weekendowych pobytów na Służewcu winno być popierane i propagowane.
Dzień wyścigowy to wspaniałe widowisko, pokaz ambicji i determinacji ludzi i zwierząt w sportowej rywalizacji, widowisko poparte przeważnie własnym zaangażowaniem finansowym, co dodaje mu specyficznego smaczku. Nie jest ważne, czy w kasie zostawiliśmy dwa złote, czy dwa tysiące. Nigdzie indziej nie odczujemy takiego dreszczyku emocji, jak w czasie dopingowania obstawianego przez nas konia!
Nie wolno nam zapominać o jednym: typowanie zwycięzcy wymaga nie tylko wiedzy i doświadczenia. Tu również rządzi ślepy los, tu również nasze nadzieje może przekreślić czyjaś nieuczciwość. Dlatego nie ma wiekszego znaczenia, czy znamy sie na sulkach, czy też nie. Tak samo nie ma znaczenia, gdy na torze pojawią się debiutujące dwulatki, najczęściej wielka niewiadoma wyścigów, o których równie niewiele wiemy.
Ważne jest, by sie dobrze bawić, dając przy okazji wszystkim równe szanse.


Marek Rostocki




Prowadzący stronę Tower Racing pisali już o ogromnej popularności wyścigów kłusaków w krajach rozwiniętych (patrz: Na luzie - Wyścigi po szwedzku). Dzięki uprzejmości prowadzących stronę Stowarzyszenia Hodowców i Użytkowników Kłusków w Polsce przedstawiamy trochę faktów na temat kłusaczego sportu ( patrz). Może dzięki temu sulki staną się mniej obce...

(red.)



Powrót do treści | Wróć do menu głównego