Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

reka w nocniku

Kazimierz Molenda
RĘKA W NOCNIKU

Krajobraz po bitwie

Przed rozpoczęciem sezonu wyścigowego Totalizator na oficjalnej stronie swojego służewieckiego oddziału zamieścił ogłoszenie, poprzez które poszukiwał wykonawcy "Programu Gonitw". Jako spółka Skarbu Państwa miał obowiazek zorganizowania przetargu publicznego, ale co tam! Zainteresowani wykonawcy zgłaszjący się kilka dni później dowiadywali się, że "sprawa jest już nieaktualna". W ten sposób po raz pierwszy naruszono prawo.
Później, w czasie pierwszych tygodni trwania sezonu toczyła się wojna o rynek wydawniczy z zmdom polegająca m.in. na blokowaniu informacji, do których podawania Totalizator był obligowany przez obowiazujące przepisy. To już drugie naruszenie prawa.
Następnie to już było pianie z zachwytu nad nową szatą graficzną i zagadywanie wpadek, a najgłośniej robił to pan Porębski - pracownik wydawcy "Programu". Słyszeliśmy o wielkich planach edytorskich, o produkcie na miarę XXI wieku, o rzekomym zachwycie kibiców, którzy w kupowali broszurę na torze, gdyż nie mieli innego wyboru.
Teraz dowiadujemy się, że "Program Gonitw" prawdopodobnie nie będzie wydawany. Mamy więc trzecie naruszenie przepisów. Tym razem ustawy branżowej.


Plajta

Organizatorowi rynek wydawniczy jawił się jako kura znosząca złote jajka i miał - dzięki lekkiemu traktowaniu przepisów prawa - stuprocentowe możliwości wyciśnięcia z tego ptaka maksimum zysku. Okazuje się jednak, że nic z tego - wydawca plajtuje.
Rozumiem, że panowie z Totalizatora nie znają się na koniach i wyścigach, no bo niby skąd? Gry liczbowe to bardzo proste, rzekłbym trywialne zjęcie w porównaniu z wiedzą, jaką trzeba posiąść, by sprawnie organizować gonitwy i administrować zabytkowymi obiektami. Kierując się zwykłą życzliwościa można byłoby z przymrużeniem oka potraktować brak efektów działania w 2009 czy 2010 roku. Później jednak widomym się stało, że wszystkie szumne zapowiedzi, plany i deklaracje były warte funta kłaków, a tak naprawdę chodziło o to, by wejść w zarząd lukratywnego terenu i to możliwie jak najniższym kosztem. Stąd wzięły się podwyżki czynszów za stajnie czy cen biletów wstępu. Brać i dawać jak najmniej; skutki trzymania się tej podstawowej zasady siermiężnego kapitalizmu odczuwają na własnej skórze kibice i trenerzy. Obie te grupy łączy jedno: fatalne warunki przebywania.
To tyle o efektach organizacji wyscigów.
Teraz o "Programie Gonitw".
Znowu zacznę od usprawiedliwiania: nie każdy się zna na edytorstwie czy na rynku. Nie ma co się dziwić - dotychczas klienci sami zostawiali pieniądze w lottomatach. Wystarczyło oddzielić część na wygrane i po robocie, prościzna! Jednak gdy mamy do czynienia z wolnym rynkiem o nabywcę trzeba powalczyć i zjednać go do oferowanego produktu. Z konkurencją dzięki nieczystym zagrywkom poszło łatwo, z rynkiem - trochę gorzej. A nawet fatalnie, no bo cóż jak nie słaba sprzedawalność mogło być przyczyną plajty?

A mogło być tak pięknie

Konkurencja zepchnięta za rogatki, pełny monopol na torze, własne punkty sprzedaży - żyć nie umierać! Jak jest możliwe zmarnowć tak klarowną i pewną okazję na zarobek? Owszem, rynek niewielki, ale za to łatwo obliczalny, więc ryzyko minimalne, a w zasadzie żadne.
Tak mnie to zaintrygowało, że postanowiłem dokonać analizy strat i zysków przedsięwzięcia pod nazwą "Program Gonitw".
Przyjąłem, że drukować się będzie 5000 egzemplarzy z 25-procentowym poziomem zwrotów (czyli średnio jak na czasopismo). Poprosiłem znajomego drukarza, by stworzył kosztorys wydrukowania takiego nakładu. Oto on:

Założenia dla druku:
format: B-5
barwy: 4x4 (full color)
stron: 16
papier: kreda gloss 115 g
oprawa: zeszytowa (2 zszywki)
nakład: 5000 egz.
termin: 4 dni

należność: 4750 + 1092,50 (23% VAT)
brutto: 5842,50
1 egz. = 1,17 zł

Wynika z tego, że 5842,50 zł to suma, która powinniśmy zapłacić w drukarni. Ale na tym nie koniec. Przede wszystkim numer trzeba przygotować, a później rozkolportować:

640 zł - 16 godzin pracy grafika po 40 zł/godz. przy projekcie reklam (średnio 4 szt. w numerze);
800 zł - skład komputerowy;
250 zł - należnośc za korektę;
300 zł - za opracowanie "Ocena szans koni";
200 zł - paliwo i eksploatacja średnilitrażowego sam. dostawczego (ok. 400 km po Warszawie - faktyczna suma 400 zł/tydzień, gdyż "za jednym zamachem" kolportuje się dwa numery "Programu", więc na jeden przypada właśnie 200 zł)
400 zł - należnośc dla firmy kurierskiej za przesyłki dla odbiorców poza stolicą (jeżeli tacy są)
200 zł - koszt telefonów, faksów itp.

Jak wczesniej założyłem sprzedamy 75% nakładu, stosując 25% marżę dla sprzedawcy, a więc:

3500 egz. x 3,00 zł = 10500 zł


oraz czterem klientom sprzedamy 1000 cm2 na reklamę po 3 zł/cm2 (cena okazyjna):

1000 cm2 x 3 zł/cm2 = 3000 zł.

Po podsumowaniu okaże się, że wpływów mamy 13 500 zł, a wydatków 7890 zł brutto (po wyliczeniu różnicy między Vatem przy kupnie usługi a Vatem przy sprzedaży nakładu).

Zysk: 13500 - 7890 = 5610 zł

Rozrzutnie odejmimy od tego końcówkę - 610 zł jako cząstkowy (1/8) udział w wynagrodzeniu pełnoetatowego pracownika (nazwijmy go "redaktor naczelny"), zajmującego się za 3000 zł miesięcznie na rekę koordynacją procesu wydawniczego ( 10-12 dni pracy w miesiącu) i pozostanie nam

5000 zł zysku ze sprzedaży "Programu Gonitw".

"Program" ten ukazuje się z częstotliwością 8 numerów w miesiącu, a więc zysk miesięczny możemy określić na 40 000 zł.

Tak powinien wygladać scenariusz prawidłowo przeprowadzonego mnini-biznesu wydawniczego: trzy osoby na zleceniach (grafik, dtp-owiec, autor "Szans koni"), jeden pracownik etatowy (koordynacja, kolportaż i pozyskiwanie klientów reklam) i jeden dostawczy kangoo czy coś podobnego, najlepiej na gaz. To wszystko. Żadnych innych kooperantów, bo rynek tak niewielki, że chociażby na stworzenie listy potencjalnych klientów na zakup powierzchni reklamowych wystarczy jeden dzień szperania w internecie.
W efekcie wpada kilkadziesiąt tysięcy złotych, a przy okazji zaspokojony jest wymóg prawa.

Ręka w nocniku

W stopce redakcyjnej "Programu Gonitw" znajdujemy aż pięciu zewnętrznych wykonawców. Stopka redakcyjna to lista płac. Zrozumiałe, że znalazł się tam grafik, od biedy uznam obecność fotografa, choć to w sumie śmieszne, ale marketingowca od reklam traktuję już jako rozrzutność. Za to figurująca w stopce spółka Tech-Projekt jest dla mnie czymś całkowicie niezrozumiałym, a jej funkcja - "realizator projektu" dziwaczna. Od czego jest w takim razie wydawca?
Tak mi ten Tech-Projekt wszedł w głowę, że sięgnąłem po Wujka Google'a. I co tam mamy? Nieudolnie wykonana stronka informująca, że jest to firma zajmująca się instalacjami technicznymi, a więc wodociągami, telewizją przemysłową itp. Sprawdźcie sami: http://www.tech-projekt.com.


Na jakim świecie żyjemy, co ten Totalizator wyprawia?
Zacząłem szukać głębiej, uważając, że przegapiłem jakąś nitkę aktywności gospodarczej spółki pod nazwą np. "usługi wydawnicze", "kolportaż", czy "organizacja sprzedaży". Nic z tego. Sięgnąłem do KRS-u. Spółka działa od 10-ciu mniej więcej lat (wpis obecny: http://www.krs-online.com.pl/tech-projekt-sp-z-o-o-archiwum-1322154-187517.html), kilka lat temu zmieniła nazwę, choć oczywiście NIP i nr KRS pozostał ten sam. Poprzednio nazywała się Tech-Serwis, a jej prezesem był ... nasz dobry znajomy - pan Włodzimierz Bąkowski! Nie wierzycie? Oto archiwalny wpis KRS z 2008 r.: http://www.krs-online.com.pl/tech-serwis-spolka-z-ograniczona-archiwum-31105-187517.html.

Nie zachęcam nikogo do snucia korupcyjnych scenariuszy. Po prostu - świat jest mały, a rachunek prawdopodobieństwa sprawdza się najlepiej w takiej właśnie ciasnocie. Uważam za całkowity przypadek, że dyrektor oddziału Totalizatora kooperuje z firmą, której był nie tak dawno prezesem. Chciałbym tylko wiedzieć, co instalacje techniczne mają do działalności wydawniczej, bo siedzę w temacie kilkadziesiąt lat i nie pojmuję. Czyżby demencja?

Może i mam sklerozę, ale pociesza mnie fakt, że więksi ode mnie budzą się z ręką w nocniku ogłaszając plajtę i to, że pan dyrektor Bąkowski dostanie bólu głowy, by odpowiedzieć na zadane wyżej pytanie.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego