Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Smigielski_Moje ploty


Roman Śmigielski


MOJE PŁOTY

Początki nowego konia

Pierwsze kroki stawiali końscy kandydaci do płotów na torze roboczym. To był czas bardzo delikatnej pracy, trzeba było poświęcić dużo uwagi rumakowi, który zamiast stresować się nową sytuacją powinien w miarę łatwo zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi i czego się od niego będzie wymagać. Bardzo pomagał w tym przykład doświadczonego wierzchowca, już zaprawionego w biegach płotowych. Nowicjusz jeździł za nim na ogonie i bez specjalnej zachęty naśladował starszego kolegę. Przeważnie bez trudu pojmował, na czym polega jego zadanie i po kilku dniach można już było ocenić, czy jest sens szkolić go dalej, czy przejawia zdolności skokowe. Zanim jednak do tego dochodziło pierwszej selekcji dokonywał trener, który do płotów wybierał z reguły sztajery dobrze współpracujące z jeźdźcem. Podstawową zasadą było przejawianie przez konia chęci do skakania. Tu nie mogło być mowy o zmuszaniu siłą przy użyciu bata, gdyż odnosiło się odwrotny skutek.
Mimo to zdarzajły się trudne przypadki. Pamiętam wybitnego wierzchowca, San Luisa, który miał bardzo trudny charakter. W wyścigach płaskich, gdy dżokej uderzył go batem z lewej strony natychmiast wyłamywał. Doskonale wiedział, w którym miejscu będzie to robił. W czasie naskakiwania na zielonym torze na 1800 metrze gdy najeżdżłem na płot i czułem, że koń zbiera się zadem do skoku, nagle wyleciałem na prawo. Całe szczęście, że była obecna obsługa toru i złapała Luisa przy celowniku. Nie odpuściłem, pobiegłem przez tor, ponownie wdrapałem mu się na grzbiet i zawróciłem na przeszkodę. Chyba zrozumiał, że nie ustąpię i od tego czasu już z nim nie miałem problemów.
Gdy młodziak był już obeznany z przeszkodą i nie stresował się nowym wyzwaniem, w asyście starszego onia kentrowaliśmy obok płotu, aby zorientował się w jakim tempie będzie naskakiwany. Zawsze najeżdżaliśmy na płot średnim kentrem, aby później dodać rumakowi mocy przy zwiększonej szybkości. Kiedy wszystko było z koniem w porządku, następowało skakanie "na poważnie": robiliśmy w dobrym tempie całe okrążenie i z galopu pokonywaliśmy płot. W tym momencie zaczynały być ważne dla konia pochwały - istotna była obecność trenera, który udaną próbę nagradzał kostką cukru. Bo konie sa trochę jak dzieci ...

Sprawdziany na zielonym

Następował wreszcie czas wypłynięcia na szerokie wody. Znowu zabierało się ze sobą weterana i kontynuowało trening, tym razem na torze zielonym. Chodziło tu o wyrobienie odwagi i pokazanie "prawdziwych" przeszkód, z którymi zmierzy się nopwicjusz w czasie w gonitw. Na pewno zauważyliście nie raz, jak jeźdźcy płotowi podjeżdżają stępem do płotu i pokazują go wierzchowcowi. Robi się to aby konie wiedziały, co za momet będą miały wykonać. Dzięki temu porozumienie konia i jeźdźca jest znacznie łatwiejsze.
Na płot najeżdżamy celując w jego środek, by nie sprowokować wyłamania. Gdy widzimy, że rumak sam oddaje najazd siedzimy cichutko i oddajemy mu inicjatywę, by sam sobie wyregulował skok. Po dobrym skoku, wykonanym we właściwym tempie, znowu przydatny jest trener ze słodką nagrodą, a jeździec powinien pochwalić konia na przykład klepaniem po szyi. Niby drobna rzecz, ale przeciez całość pracy ze zwierzętami składa się właśnie z takich drobiazgów.

Jeżeli koń w czasie prób trzymał dystans i - co najistotniejsze - odpowiednio reagował przed płotem na dosiad jeźdźca, trener podejmował decyzję o przydatności rumaka do gonitw płotowych. Wtedy rozpoczynała sie prawdziwa praca - gonitwy w stawce.

Gonitwy na serio

Na sukces sportowy konia składa się wiele czynników. Obok wrodzonych i podkreślonych odpowiednim treningiem wrodzonych predyspozycji fizycznych, ważną sprawą jest wspomniana reakcja na dosiad, która decyduje o wzajemnym porozumieniu i prawidłowo oddanym skoku. Zdarza sie niejeden raz biec obok konia krnąbrnego, wykazującego skłonności do wyłamywania. Jednoczesne pokonywanie z nim przeszkody jest ryzykowne. Czasem należy trochę przed płotem przyspieszyć, by uniknąć kolizji. Właśnie w takich sytuacjach właściwe pojmowanie przez rumaka intencji jeźdźca jest bezcenne, nieraz ratujące zdrowie i decydujące o zwycięstwie.
W trakcie gonitwy realizuje sie taktyczne zalecenia trenera, samemu mając oczy "wokół głowy", by na czas reagować na ciagle zmieniającą się sytuację. Ale w ostatecznym rozrachunku sukces leży w końskich kopytach. Odpowiednie fizyczne i psychiczne przygotowanie zwierzęcia do walki okazuje się być najważniejsze ...

Plan awaryjny

Doskonale zdaję sobie sprawę, że na mityng zawodnicy przychodzą po prostu wykonywać swoją pracę. Mimo to warto w przeddzień gonitwy wyciszyć się, pospacerować po torze, sprawdzic jakość nawierzchni i przeszkód, obejrzeć szpalery. Bo prawda jest taka, że o przebiegu walki decyduje trener i jego zalecenia są dla jeźdźca obowiązujące. Mimo to często zdarzają się sytuacje, których nie dało się przewidzieć. Godziny spędzone na torze roboczym, żmudne szlifowanie "stałych fragmentów gry", trening szybkościowy i wytrzymałościowy oraz konsultacje z trenerem biorą w ciągu kilku chwil w łeb i tak naprawdę decyzje podejmować trzeba w ciągu kilku sekund. W takim pośpiechu nie zawsze są to decyzje właściwe.
Miałem zwyczaj wieczorami pobiegać na własnych nogach po zielonym. Dawało mi to możliwość obejrzenia toru i przemyślenia tego, co dziać się będzie, gdy bomba pójdzie w górę.
Tak jak w innych dziedzinach życia nie można podchodzić do swoich zadań z nastawieniem: jakoś to będzie, przecież ktoś inny za mnie decyduje. Zawsze warto zastanowić się trochę wcześniej i przygotować swój plan. Plan awaryjny.



Powrót do treści | Wróć do menu głównego