Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Targowica


Kazimnierz Molenda
TARGOWICA

Opublikowane ostatnio artykuły panów Porębskiego i Lubicza ukazują bitwę o przyszłość wyścigów konnych. Tak jak tekst Lubicza obiektywnie zapoznaje nas z sytuacją, tak pan Porębski daje popis nierzetelności dziennikarskiej i skrajnej stronniczości. W związku z tym, że jest to charakterystyczna cecha jego "twórczości" sprawę pominę milczeniem, uznając twórcę za osobę niereformowalną i skoncentruję się na głównym temacie artykułow obu panów - walce jaka ma miejsce w kuluarach niedostepnych przeciętnemu kibicowi ze służewieckich trybun. Polem bitwy są obecnie posiedzenia Rady PKWK, na których toczą bój zwolennicy wyścigów z ich przeciwnikami.
W tym miejscu celowo zastosowałem uogólnienie, na które oburzą się zapewne przedstawiciele TS i ich zwolennicy w Radzie, wołając, że nie są wrogami koni, a wręcz przeciwnie - chcą rozwoju tej dyscyliny sportu i wszelkiej dlań pomyślności. Podpisując umowę dzierżawy toru TS zobowiązał się przecież do działań mających na celu postawienie na nogi i rozwój wyścigów, które pięć lat temu bankrutowały. Przeznaczył z własnych środków sumy na nagrody i rozpoczął prace remontowe!
Do tego momentu wszystko się zgadza poza jednym zastrzeżeniem: nie widać wymiernego działania na rzecz rozwoju, a więc takiego, które przez polepszenie warunków przebywania widzów w czasie mityngów i odpowiednie działania reklamowe spowodują napływ nowych zainteresowanych na służewieckie trybuny. A przecież to warunek podstawowy, gdyż ci właśnie ludzie przynoszą i zostawiają na Torze swoją kasę.
Ciągle utyskiwana, że ustawa hazardowa wiąże ręce specom od reklamy jest zwykłym wykrętem. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie reklamowania sportu wyścigowego, upowszechniania wizerunku mityngów jako miejsca spotkań miłośników koni i obrazu Toru - miejsca o niepowtarzalnym klimacie. Tak się robi w innych dyscyplinach sportu i nikomu nie przychodzi na myśl, że przy okazji zachęca się oglądających do korzystania z punktów bukmacherskich.
Motywem ciągle powtarzanym przez przedstawicieli Totalizatora jest też czysto biznesowy aspekt wywiązania się z określonych umową zobowiązań: musimy inwestować na terenie Toru, w innym wypadku nie będzie środków na prowadzenie wyścigów.
Tak już w życiu jest: coś za coś. Właściciel terenu zgodził się więc na inwestycje, które chociaż nie do końca związane są ze sportem wyścigowym, spełniają żądania TS. Początkowo zresztą wyglądało to skromnie: biurowiec i hotel na obrzeżach, komu to szkodzi? Z czasem jednak żądania rosły, stopniowo odsłaniane w planach zagospodarowania. Obecnie doszło do absurdu: totalizator żąda umieszczenia stajni treningowych w niewielkim getcie, by umożliwić mu rozparcelowanie terenu toru roboczego. Siedemset koni na obszarze niespełna dwóch hektarów! Bez miejsca na ustawienie karuzel czy innych obiektów infrastruktury niezbędnych do utrzymania i trenowania zwierząt. Mało tego - bez zabezpieczenia drogi na tor treningowy, bez względu na to gdzie ów miałby się znajdować. Tak wygląda pojmowanie przez organizatora działań na rzecz rozwoju wyścigów konnych.

Nie ma się zresztą czemu dziwić. Zła wola lub całkowita nieznajomość przedmiotu, którym TS zobowiązał się zarządzać, widoczna jest na każdym kroku. Na grudniowym posiedzeniu Rady PKWK szef Totalizatora popisał się jakże spektakularnym apelem: "trzeba oddać społeczeństwu ten teren". Brzmi fajnie, ale głupio, bo nikt nigdy terenu przeznaczonego na Tor nikomu nie odbierał, a wprost przeciwnie - pola należące do prywatnego właściciela zasiadającego w Wilanowie zostały odkupione, przekształcone w obiekt sportowo-treningowy i już gotowy przekazany mieszkańcom stolicy. Druga wtopa pana prezesa to autorytatywne stwierdzenie, że nigdzie na świecie wyścigi konne nie są w stanie się samofinansować. Doprawdy, szkoda słów!
Przytoczone wypowiedzi świadczą o złych intencjach w momemcie podpisywania umowy dzierżawy. Totalizator nie był zainteresowany wyścigami, bardziej własnymi planami biznesowymi, które - o czym świadczy projekt ściśnięcia stajni na małym obszarze, więc doprowadzenia wyścigów do samodegradacji - niewiele mają wspólnego z rozwojem tego sportu. Zastosowany szantaż dobitnie potwierdza tę tezę.
Groźba zmniejszenia ilości gonitw i puli nagród czy drastyczne ograniczenie przestrzeni treningowej to działania, które w ostatecznym rozrachunku doprowadzą do upadku branży. Hodowla koni szlachatnych, która bez wyścigów nie miałaby szans istnienia, jest składnikiem naszego majatku narodowego. Działania TS doprowadzą do uszczuplenia tego majątku, co biorąc pod uwagę fakt, że spółka jest własnością Skarbu Państwa, jest strzelaniem we własną stopę.
Tak jak mentalność włodarzy z Totalizatora, którzy nie dowiedzieli się nawet jak to jest z tymi wyścigami naprawdę na świecie i prą do realizowania swoich planów jest - w bardzo ograniczonym zakresie - jakoś-tam zrozumiała (broń Boże nie akceptowana!), tak stanowisko niektórych członków Rady PKWK z jej przewodniczącym na czele jawi się jako przejaw zwykłej ludzkiej głupoty. Nie, nie cofnę się przed tym stwierdzeniem uważając, że głupota to w tym przypadku i tak lepsza wersja pobudek kierujących tymi panami. Bo jest przecież i gorsza: przedkładanie własnego interesu nad dobro ogółu i sabotaż.
W tej chwili, jak słusznie zauważył w swoim artykule jeden z członków tej Rady Wiktor Lubicz, prezes Klimczak stoi na szańcach obronnych, daje odpór atakom, które nota bene skierowane powinny być przeciw Ministrowi Rolnictwa i Ministrowi Skarbu.
W tej sytuacji wszyscy, którym naprawdę leży na sercu dobro wyścigów, powinni go wesprzeć.

Ale tak nie jest.

Pan Wójtowicz z uporem maniaka stawia wniosek za wnioskiem o odwołanie Klimczaka i robi to w ważnej dla przyszłości branży chwili. Sam przewodniczący nie byłby może godnym wzmianki obiektem i postawić by go można było w jednym szeregu ze ś.p. Lepperem, który wypowiedź na dowolny temat kończył mantrą: "Balceromicz musi odejść!". Smutniejsze jest to, że do pana Wójtowicza przyłączają się niektórzy członkowie Rady. A to już jest sabotaż połączony z bardzo nieeleganckim defekowaniem we własne gniazdo.
Wyżej wspomniałem o głupocie. Gdyby dysfunkcja ta dotyczyła tylko pana przewodniczącego Rady powiedziałbym, że takie rzeczy się zdarzają. Ale wobec liczebności oponentów Klimczaka i zakładając, że głupota nie jest chorobą zakaźną, zaczynam nabierać pewności, że chodzi tu o coś innego: o pieniądze.
Komu nie przeszkadza wizja upadku działalności treningowej Zespołu Torów? Przede wszystkim tym, którzy posiadają własne ośrodki. Perspektywa pozostania bez strat na placu boju, możliwości zatrudniania bezrobotnych trenerów, przebierania w zdesperowanych właścicielach koni, jakie to kuszące! Dla niektórych arabiarzy wysłanie Klimczaka w skarpetkach to przy okazji możliwość całkowitego zamknięcia wyścigów dla koni czystej krwi z zagranicy. Walczą o to od dawna, a ten uparty Klimczak nie rozumie, że tamte konie są lepsze i zgarniają naszym hodowcom kasę sprzed nosa.
Pan Wójtowicz posiada ośrodek, od dawna postuluje zamknięcie wyścigów dla zagranicy, po krótkim okresie chwały jego arabów od lat przeżywa stagnację i nie może poszczycić się większymi sukcesami na torze. Wszystko pasuje, gdybym był podejrzliwy. Ja jednak pozostanę w nadziei, że motywem jego działań jest tylko głupota.
I nich mi nie dziękuje.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego