Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Wielka Warszawska 1929

Roman Rogowski: Jak Herkules uratował pana Wincentego Wieczorka:


Wielką Warszawską darzyli warszawiacy zawsze specjalnym zainteresowaniem. Po „Derby" była to nagroda najbardziej popularna. Wielka Warszawska, rozgrywana we wrześniu, przeważnie przy ładnej pogodzie jesiennej, miała swoisty klimat. Wakacje należały już do wspomnień, przeminął sezon „ogórkowy", ustatkowali się „słomiani wdowcy", żniwa zakończone.
Wszystkie te momenty składały się na pewne odprężenie, które dziś nazwano by może „relaksem". Nie tylko wśród zamożniejszych sfer Wielka Warszawska budziła zainteresowanie. Tłumy, wypełniające środkową trybunę oraz tanie miejsca, świadczyły o tym, że różne warstwy społeczeństwa stolicy przybywają na tor Mokotowski, aby zobaczyć, kto zwycięży w tej zaszczytnej nagrodzie, i postawić parę złotych dla sprawdzenia, czy wyczucie zwycięzcy było słuszne.
Z tłumu bywalców toru Mokotowskiego pozostała jeszcze niewielka garstka wiernych graczy wyścigowych, którzy od młodych lał zaszczepieni bakcylem hazardu, do dziś hołdują tej namiętności. W ciągu długich lat stawiali na konie w setkach gonitw. Przeżywali emocje wygranych i liczne smutki przegranych, lecz nadzieja, że w końcu trafią na "fuksa" była żywa i przyświeca im nadal.
Jeden z takich zapaleńców to mój stary znajomy, pan Wincenty Wieczorek, zaprzysiężony amator wyścigów konnych. Pan Wincenty, dawny pracownik tramwajów miejskich, dziś pogodny emeryt, posiada fenomenalną pamięć, potrafi wygrzebać z historii warszawskich wyścigów niejedno pasjonujące wydarzenie.
Obecnie na torze służewieckim z daleka poznaję sylwetkę pana Wincentego. Czy to przy kasie, czy przy barierze stoi zawsze z programem w ręku. Czapka zsunięta do tyłu. Uśmiecha się do mnie porozumiewawczo, jakby chciał powiedzieć: „Mam teraz pewniaka!" Rozbrajający jest pan Wincenty swoją wiarą w przyszłą wygraną.
Przyznaję, że mam niekłamaną sympatię dla ludzi, którzy w ciągu swego życia niezmiennie hołdują jakiemuś upodobaniu, a w szczególności jeśli ono jest związane ze sportem.
Na wiele lat przed wojną pan Wincenty jeździł jako motorniczy tramwajów miejskich. Aby móc bywać na wyścigach, musiał postarać się o nocną służbę. Z tych nocnych dyżurów byłaniezbyt zadowolona jego małżonka. Tak wynikało z toku opowiadań pana Wincentego.
Chętnie wyciągam na pogawędki pana Wieczorka, bo umie opowiadać z humorem o dawnych czasach, dawnych ludziach i koniach. Oto jedno ze wspomnień pana Wincentego:
„Było to 29 września 1929 roku. Dzień był ciepły, słoneczny — ot, prawdziwy dzień "złotej jesieni", jak to piszą nasi literaci.

Na Polu Mokotowskim na start do „Wielkiej Warszawskiej" wyszło aż 16 koni, w tej liczbie słynny Forward, Harmonia, Colombo i inne. Mnie najbardziej podobał się Herkules ze stajni S. Mroczkowskiego, znanego właściciela cyrku. W kieszonce kamizelki, złożony we czworo, miałem schowany papierek stuzłotowy, który na parę godzin „pożyczyłem" od żony. Wyciągnąłem tę „stówkę" z żoninej kasy, tj. z bieliźniarki. Byłem pewny, że wygram tego dnia, zaraz po powrocie do domu położę „stówkę" na stare miejsce, zanim żona się spostrzeże. Dziś jeszcze robi mi się gorąco, gdy to wspominam! Mego faworyta Herkulesa dosiadał doskonały dżokej Konstanty Chatisow. Dziś jeszcze jest trenerem i to jednym z lepszych, na Służewcu. Ręka trochę mi drżała, gdy na niego postawiłem całe 100 złotych „z góry".


Tak wyglądało wejście na tor w latach dwudziestych


Na początku wyścigu „Herkules" szedł na ostatnim miejscu.Myślę: dobrze, czai się. Ale gdy jeszcze na przeciwległej prostej kolory Chatisowa wciąż były na końcu stawki, zrobiło mi się nieswojo i czułem, jak krople potu spływają mi z czoła. W głowie istny zamęt: Herkules. Żona. Sto złotych. Te nazwy kołują się w moich myślach.
Kiedy jednak stawka rozpędzonych koni minęła ostatni zakręt i wyszła na prostą, dostrzegłem, że Herkules jest już w czołowej grupie koni. Zrobiło mi się nieco lżej. Przy taniej trybunie do przodujących koni podchodzi jednak lekko Harmonia. Mijają sekundy, robi mi się znowu szaro w oczach, bo widzę, że klacz idzie świetnie.
W tym momencie czuję, że ktoś bierze mnie pod rękę. Odwracam głowę. Boże! To żona! Mówi szeptem: „Co, przegrałeś?"Nic nie odpowiadam, bo widzę, jak Chatisow z całej siły wysyła swego konia do przodu. Jednocześnie miga jego bat nad Herkulesem! Jest!!! w zaciętej walce na celownik wpadły dwa konie — Harmonia i Herkules. Mój „fuks" wyrwał jednak klaczy zwycięstwo o szyję!
Co wówczas przeżywałem u boku żony wiedział tylko Pan Bóg i ja! Zwycięsko wyszedłem z tego wyścigu, tak jak Herkules! Totalizator płacił za niego „z góry" za 10 zł — 166 zł. Na owe czasy, proszę pana, 1660 zl to była bardzo duża suma.
Zaprosiłem żonę na kolację do restauracji Jabłońskiego na Marszałkowskiej. potocznie zwaną „Ryjkiem". Właściciel konia – pan Mroczkowski, z wygranej w Wielkiej Warszawskiej 1000 zł przeznaczył na pomoc dla niezamożnych studentów Wydziału Weterynarii Uniwersytetu Warszawskiego. To był chyba najpiękniejszy dzień w moim życiu!
Jak tu nie lubić wyścigów!".


Powrót do treści | Wróć do menu głównego