Kiedy w 2009 roku nasza redakcja pojawiła się na Służewcu, a potem zaczęła zbierać podpisy pod petycją o odsunięcie od pracy przy maszynie startowej człowieka, który próbując załadować do niej przerażoną klacz Twierdza, bił ją i kopał, usłyszałyśmy, że jesteśmy „nawiedzonymi babami”, które przyszły rozwalić wyścigi. No cóż, nie rozwaliłyśmy.
Co więcej, nigdy nie miałyśmy takiego zamiaru. Nie pobiegłyśmy z historią Twierdzy do mediów, nie urządziłyśmy kampanii przedstawiającej całe środowisko wyścigowe jako bandę oprawców, nie próbowałyśmy przekonać ludzi, że skoro jeden człowiek zachował się wobec konia w sposób, którego nie dało się zaakceptować, należałoby zamknąć cały Tor Służewiec. Zostałyśmy wewnątrz środowiska i próbowałyśmy wpłynąć na nie tak, aby pewne zachowania przestały być tolerowane.
Bo można kochać wyścigi i jednocześnie uważać, że człowiek kopiący przestraszonego konia nie powinien mieć z nim nic wspólnego. Ba, powiedziałybyśmy nawet, że właśnie człowiekowi uwielbiającemu wyścigi powinno zależeć na tym szczególnie.
Minęło siedemnaście lat i pod bramą Służewca znów pojawili się ludzie mówiący o dobrostanie koni. Tym razem punktem zapalnym stało się unieruchamianie języka, czyli popularny w światowych wyścigach tongue-tie. I znów mamy temat, o którym warto rozmawiać, bo ani tradycja, ani zwyczaj nie powinny zapewniać żadnej praktyce dożywotniego immunitetu.
Tyle że w otoczeniu protestu pojawia się również znacznie dalej idąca idea: skoro wyścigi generują problemy związane z dobrostanem zwierząt, najlepiej byłoby pozbyć się samych wyścigów.
I tutaj nasze drogi zdecydowanie się rozchodzą. Nie dlatego, że uważamy świat wyścigowy za idealny. Wiemy aż za dobrze, że taki nie jest. Po prostu zamiast efektownego hasła „zlikwidować!” wolimy zadać mało efektowne pytanie: dobrze, a co potem?

TONGUE-TIE: MNIEJ EMOCJI, WIĘCEJ WIEDZY
Zacznijmy od sprawy, od której rozpoczęło się całe zamieszanie. Nie jesteśmy ekspertami i nie zamierzamy wypowiadać się w sposób autorytarny, jednak twierdzenie, że tongue-tie poprawia koniowi oddychanie jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Badania nie pokazują, aby u zdrowego wierzchowca związanie czy unieruchomienie języka automatycznie zwiększało drożność górnych dróg oddechowych albo poprawiało parametry wentylacji. Jeśli takie badania jednak istnieją – chętnie się zapoznamy z ich wynikami i przyznamy do błędu.
Bez względu na powyższe nie znaczy to jednak, że praktyka wzięła się znikąd. Stosuje się ją między innymi u koni manipulujących językiem i przekładających go nad wędzidło, co może utrudniać kontrolę nad zwierzętami, a także w związku z DDSP, czyli grzbietowym przemieszczeniem podniebienia miękkiego. To ostatnie rzeczywiście może istotnie zaburzać oddychanie podczas maksymalnego wysiłku, a istnieją badania wskazujące, że u niektórych koni zastosowanie tongue-tie jest w stanie ograniczyć występowanie problemu. U niektórych – nie u wszystkich, oczywiście.
Jednocześnie istnieją udokumentowane problemy związane ze stosowaniem tej metody, od reakcji behawioralnych po urazy języka. Nie widzimy więc najmniejszego powodu, aby robić z kawałka paska symbol, na którym musi polec honor całego środowiska wyścigowego.
Jeżeli dana praktyka jest zakazana, zakaz powinien być respektowany. Jeżeli okazuje się zbędna, należy z niej zrezygnować. Jeżeli może być przydatna przy konkretnym problemie medycznym, trzeba to potrafić wykazać, zamiast zasłaniać się twierdzeniem, że zawsze się tak robiło w podobnych przypadkach.
Tylko że od kwestii wiązania języka do postulatu likwidacji wyścigów jest jeszcze bardzo daleka droga. Jeśli przecieka dach, można go naprawić. Nie trzeba od razu burzyć domu, zwłaszcza gdy w środku mieszkają konie.
REAL GOLD – KIEDY TRAGEDIA STAJE SIĘ PUBLICZNYM PROCESEM
Nie jest to zresztą pierwsza w ostatnim czasie sytuacja, w której dyskusja o dobrostanie na Służewcu wyszła daleko poza środowisko wyścigowe. W listopadzie 2025 roku podczas gonitwy ciężkiej kontuzji doznał Real Gold. Dosiadająca go Zuzanna Mosoń nie zatrzymała konia, a Komisja Techniczna po analizie nagrania, wysłuchaniu amazonk i zapoznaniu się z informacją lekarza weterynarii ukarała ją grzywną w wysokości 1000 zł. Real Gold został później poddany eutanazji. To są fakty. I nie ma potrzeby ich ani pudrować, ani ubarwiać.
Później rozpoczął się jednak drugi etap tej historii – już nie na torze, lecz w mediach i Internecie. Pojawiły się bardzo ostre komentarze, wyścigi nazywano „rzeźnią”, organizacje zajmujące się ochroną zwierząt nagłaśniały przypadek Real Golda, a dwie fundacje złożyły zawiadomienie o podejrzeniu znęcania się nad zwierzęciem. Sprawą zajęła się prokuratura.
Warto przy tym przypomnieć o czymś, co bardzo szybko zniknęło z obiegu pod ciężarem internetowych wyroków. Zuzanna Mosoń była wówczas początkującą uczennicą. Uprawnienia do dosiadania koni otrzymała zaledwie kilka miesięcy wcześniej, 24 czerwca 2025 roku. Kiedy pod koniec sierpnia odniosła pierwsze zwycięstwo w karierze, był to dopiero jej trzeci start w gonitwie.
Nie będziemy oceniać decyzji podjętych tamtego dnia przez amazonkę – zrobiła to Komisja Techniczna. Nie zamierzamy też udawać, że tragiczny finał gonitwy nie powinien prowadzić do pytań o bezpieczeństwo koni.
Chcielibyśmy natomiast zadać pytanie trochę inne: co właściwie osiągamy, kiedy po tragicznym zdarzeniu całą odpowiedzialność moralną skupiamy na początkującym, bardzo młodym człowieku?
Jeździec wyścigowy w ciągu kilku sekund musi ocenić zachowanie zwierzęcia poruszającego się z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, sytuację wokół siebie, własne bezpieczeństwo i bezpieczeństwo pozostałych uczestników gonitwy. Doświadczenie pozwalające podejmować właściwe decyzje w sytuacjach kryzysowych nie pojawia się wraz z dokumentem uprawniającym do startu. Trzeba je wypracować, a wcześniej wielu rzeczy się po prostu nauczyć.
To nie jest próba zdjęcia z jeźdźca odpowiedzialności. Przeciwnie. Chcemy zadać pytanie, czy środowisko zrobiło wszystko, aby młody człowiek był do tej odpowiedzialności przygotowany?
W naszej ocenie przypadek Real Golda powinien więc prowadzić nie do publicznego polowania na początkującą amazonkę, lecz do znacznie poważniejszej rozmowy o systemie: o szkoleniu młodych jeźdźców, o rozpoznawaniu w galopie pierwszych sygnałów urazu, o procedurach przerwania udziału konia w gonitwie i o tym, czy odpowiedzialność za bezpieczeństwo zwierzęcia rzeczywiście powinna w krytycznej chwili spoczywać niemal wyłącznie na osobie siedzącej w siodle.
Powinien prowadzić również do jeszcze jednego pytania: jak wiele możemy zrobić, zanim koń w ogóle znajdzie się pod maszyną startową?
Nie zamierzamy spekulować na temat stanu Real Golda przed gonitwą ani powtarzać krążących po środowisku plotek. Właśnie dlatego właściwą odpowiedzią nie są pogłoski, lecz system, który pozostawia dla nich jak najmniej miejsca – możliwie rygorystyczne badania weterynaryjne, jasne kryteria niedopuszczania konia do startu, dokumentowanie niepokojących objawów oraz realna możliwość wycofania zwierzęcia wtedy, gdy istnieje uzasadniona wątpliwość co do stanu jego zdrowia.
Im lepsza kontrola przed gonitwą, tym rzadziej młody jeździec będzie musiał podejmować dramatyczną decyzję w pełnym galopie.
Jest w tej historii również aspekt, o którym mówi się znacznie mniej – człowiek. Tragiczny wypadek z udziałem konia może pozostawić ślad w psychice bardzo młodej amazonki, która dopiero rozpoczyna karierę. Internet natomiast ma tę szczególną właściwość, że potrafi zamienić błędną decyzję podjętą w ciągu kilku krótkich sekund w dożywotni akt oskarżenia.
Do dziś, kiedy Zuzanna wygrywa gonitwy, publikacja jej zdjęcia potrafi budzić obawy przed kolejną falą potępienia. Dla nas nie jest to dowód skutecznej ochrony koni. Stanowi raczej sygnał, że gdzieś po drodze pomyliliśmy wyciąganie wniosków z publicznym napiętnowaniem.
Jeżeli naprawdę zależy nam na tym, aby podobna sytuacja nigdy się nie powtórzyła, potrzebujemy lepiej przygotowanych młodych jeźdźców, lepszych procedur i jeszcze skuteczniejszej kontroli zdrowia koni.
Krzyk w komentarzach nie nauczy nikogo, jak rozpoznać uraz przy sześćdziesięciu kilometrach na godzinę. Dobra szkoła – może.
SADYŚCI, KTÓRZY ROBIĄ TO DLA PIENIĘDZY?
W narracji najbardziej radykalnych przeciwników wyścigów świat toru bywa przedstawiany zadziwiająco prosto. Z jednej strony mamy biednego konia, z drugiej ludzi, którzy zmuszają go do biegania, bo sprawia im przyjemność jego cierpienie albo – w wersji nieco mniej demonicznej – ponieważ chcą na nim zarobić.
„Sadyści” i „pieniądze” są zresztą słowami bardzo wygodnymi. Kiedy już przypisze się całemu środowisku odpowiednią motywację, nie trzeba szczególnie interesować się tym, jak ono naprawdę funkcjonuje.
Nie zamierzamy przekonywać, że w wyścigach nie ma pieniędzy. Oczywiście są. Istnieją nagrody, zakłady, sprzedaż koni, stanówki ogierów, aukcje i działalność gospodarcza. Wyścigi to nie kółko hobbystów zbierających się w niedzielę po obiedzie.
Tyle że obraz właściciela konia jako człowieka, który kupuje folbluta, posyła go do trenera, a potem raz w miesiącu przyjeżdża na Służewiec po walizkę pieniędzy, ma mniej więcej tyle wspólnego z polską rzeczywistością wyścigową, co film o Jamesie Bondzie z pracą przeciętnego funkcjonariusza służb specjalnych.
Utrzymanie konia w treningu kosztuje przez cały rok – również wtedy, kiedy zwierzę nie startuje, jest kontuzjowane, przegrywa albo przez kilka miesięcy przygotowuje się do kolejnego sezonu. Już w 2024 roku trener Krzysztof Ziemiański szacował miesięczny koszt treningu jednego konia na około 3000 zł, zwracając jednocześnie uwagę, że w stosunku do 2008 roku koszt ten wzrósł mniej więcej dwukrotnie, podczas gdy pula nagród na Służewcu przez wiele lat praktycznie nie rosła.
Do rachunku właściciela dochodzą przy tym koszty weterynaryjne, kowal, transport, opłaty związane ze startami, rejestracją i dokumentacją, a czasem również zakup samego wierzchowca za niemałą kwotę. Konia utrzymuje się dwanaście miesięcy w roku. Nagrodę dostaje się wtedy, kiedy zajmie on odpowiednio wysokie miejsce. A najczęściej nie zajmuje.
Nie mamy oficjalnego zestawienia PKWK pozwalającego uczciwie napisać, jaki dokładnie procent koni w treningu zarabia w sezonie więcej, niż wynosi koszt ich rocznego utrzymania, dlatego nie będziemy udawać, że znamy tę liczbę co do przecinka. Każdy, kto orientuje się w polskich realiach wyścigowych wie jednak, że znaczna część koni nie pokrywa swoimi wygranymi kosztów treningu i utrzymania. Nawet zwycięstwo w przeciętnej rangi gonitwie nie oznacza, że cała pula nagród trafia do właściciela, a pojedynczy sukces rzadko wystarcza, by zrównoważyć koszty ponoszone przez cały rok. W zasadzie nie dzieje się tak prawie nigdy, chyba że mamy w posiadaniu wybitnego czempiona.
Można zatem stwierdzić więc, że właściciele koni wyścigowych to ludzie ekscentryczni. Patrząc na ekonomię tego przedsięwzięcia, czasem trudno się nawet z tym określeniem spierać. Na pewno pasuje ono do nich bardziej niż przydomek „rzeźnicy”, „sadyści” czy „pazerni dranie”.
Jeżeli ktoś wybiera polskie wyścigi jako niezawodny sposób szybkiego wzbogacenia się, należałoby mu chyba przede wszystkim życzyć powodzenia. I kalkulatora. I – ewentualnie – konsultacji ze specjalistą.
CO ZROBIMY Z KOŃMI W PONIEDZIAŁEK RANO?
W postulacie zamknięcia torów jest coś niezwykle kuszącego: prostota. Tor zamknięty, gonitw nie ma, problem rozwiązany. Można zwinąć transparent, zrobić zdjęcie i wrócić do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Tyle że konie nie zwijają się razem z transparentami.
Pełna krew angielska to rasa od ponad trzech stuleci kształtowana przez wyścigi. Tor nie jest i nie był dla niej wyłącznie miejscem widowiska, lecz próbą użytkową, na podstawie której kolejne pokolenia oceniano pod względem szybkości, wytrzymałości, zdrowia i predyspozycji. Wyniki wyścigowe stanowią jeden z fundamentów selekcji hodowlanej.
Po zamknięciu torów nie zniknęłyby więc wyłącznie zakłady wzajemne, program gonitw i weekendowe emocje. Zniknąłby podstawowy powód utrzymywania obecnej skali hodowli folbluta. A przecież konie już się urodziły.
Są w treningu, stoją w stadninach, biegają po padokach jako roczniaki, piją mleko od matek jako tegoroczne źrebięta. W Polsce mamy klacze hodowlane, ogiery, konie czasowo wyłączone z treningu. Każdy z nich będzie potrzebował paszy, kowala, weterynarza, stajni lub odpowiednich pastwisk i codziennej opieki niezależnie od tego, czy w przyszłą niedzielę odbędzie się Wielka Warszawska, czy nie. Mamy więc poniedziałek, pierwszy po likwidacji wyścigów w Polsce. I co teraz?
Wiele osób argumentuje, że w takiej sytuacji znaleźć musimy tzw. „kochające domy”. Niestety, to nie takie proste, ponieważ „kochający dom” dla konia jest nieco bardziej skomplikowanym przedsięwzięciem niż kochający dom dla kota, psa czy chomika.
W 2026 roku standardowy pensjonat dla konia kosztuje w Polsce najczęściej około 1000–2500 zł miesięcznie, a w okolicach Warszawy, Krakowa czy Wrocławia ceny rzędu 2500–4000 zł miesięcznie nie są niczym niezwykłym. Pensjonaty sportowe z lepszą infrastrukturą potrafią przekraczać 4000 zł. I mówimy nadal głównie o miejscu, wyżywieniu oraz podstawowej obsłudze, a nie o wszystkich wydatkach związanych z posiadaniem konia.
Po doliczeniu kowala, profilaktyki weterynaryjnej, leczenia, suplementacji, sprzętu i innych wydatków realny miesięczny koszt utrzymania zdrowego konia rekreacyjnego znajdującego się w pensjonacie szacowany jest obecnie mniej więcej na 2250–3450 zł, a przy wierzchowcu sportowym może być znacznie wyższy.
Policzmy nawet bardzo zachowawcze 2500 zł miesięcznie. To 30 tysięcy złotych rocznie. Jeżeli koń po zakończeniu kariery ma przed sobą jeszcze piętnaście lat życia, otrzymujemy 450 tysięcy złotych – bez uwzględniania inflacji i poważniejszych problemów zdrowotnych.
Oczywiście nie każdy koń będzie kosztował tyle samo, można utrzymywać go taniej we własnym gospodarstwie, część nowych właścicieli posiada przecież prywatne stajnie i pastwiska. Chodzi jednak o pokazanie skali zobowiązania.
„Znajdźmy im kochające domy” to tylko puste zdanie, bowiem utrzymanie tych domów jest rachunkiem wystawianym co miesiąc przez kilkanaście lat.
Liczba osób dysponujących odpowiednią wiedzą, warunkami oraz kilkuset tysiącami złotych, które w perspektywie życia konia mogą przeznaczyć na jego utrzymanie, jest nieco mniejsza od liczby osób gotowych napisać w komentarzu, że każdego folbluta wystarczy „oddać komuś do rekreacji”.
SINGAPUR: 700 KONI I BARDZO DROGI RACHUNEK ZA KONIEC WYŚCIGÓW
Nie musimy nawet teoretyzować, ponieważ niedawna historia dostarczyła nam niezwykle pouczającego przykładu.
Kiedy w czerwcu 2023 roku ogłoszono, że po ponad 180 latach historia wyścigów w Singapurze dobiegnie końca, na torze Kranji znajdowało się około 700 koni wyścigowych. Ostatnią gonitwę zaplanowano dopiero na 5 października 2024 roku, a cały teren Singapore Turf Club miał zostać przekazany państwu jeszcze później – do marca 2027 roku.
Warto przy tym zaznaczyć, że decyzja o zakończeniu wyścigów w Singapurze nie była rezultatem protestów dotyczących dobrostanu koni. Zadecydowały przede wszystkim względy gospodarcze – spadająca frekwencja na wyścigach oraz decyzja państwa o odzyskaniu około 120 hektarów niezwykle cennego terenu Kranji i przeznaczeniu go na inne potrzeby, w tym budownictwo mieszkaniowe.
Ten długi okres przejściowy nie był przypadkiem. W singapurskim parlamencie tłumaczono wprost, że konia nie można po prostu zapakować do samolotu i wysłać pod nowy adres. Eksport wymaga znalezienia miejsca docelowego, badań, szczepień, kwarantanny i organizacji transportu. Władze mówiły również otwarcie o ryzyku, że właściciele mogliby porzucać konie, przypominając przy tym, że byłoby to przestępstwem.
Państwo i Singapore Turf Club musiały więc stworzyć cały system finansowego amortyzowania likwidacji branży. Wprowadzono pomoc w utrzymaniu koni, ich relokacji i eksporcie. Sam koszt wywozu konia mógł być refundowany w 90 procentach, do kwoty 12 tysięcy dolarów singapurskich na jedno zwierzę. Funkcjonował również HEPA Award w wysokości 2 tysięcy dolarów singapurskich na konia, dzielony między właściciela i trenera, a przy skutecznym eksporcie przewidziano dalsze świadczenia sięgające kilku tysięcy dolarów. Pojawiały się również miesięczne dopłaty do utrzymania i opieki medycznej nad końmi pozostającymi w systemie.
Krótko mówiąc: kiedy likwidacja wyścigów przestała być ideą, a zaczęła dotyczyć siedmiuset żywych zwierząt, okazało się, że potrzebne są lata przygotowań i bardzo konkretne pieniądze.
I mimo całego tego systemu wsparcia część właścicieli oraz trenerów zaczęła planować wyjazd znacznie wcześniej, ponieważ dalsze utrzymywanie koni bez przyszłości wyścigowej w Singapurze zwyczajnie przestawało mieć ekonomiczny sens.
Dokąd więc miały trafić zwierzęta? W dużej mierze tam, gdzie wyścigi nadal istniały. Naturalnym kierunkiem stała się sąsiednia Malezja. Selangor Turf Club deklarował gotowość przyjęcia koni i trenerów z Singapuru; dysponował setkami boksów i zapowiadał możliwość wybudowania kolejnych około 200, jeśli pojawi się odpowiednie zapotrzebowanie. W branżowych doniesieniach pojawiała się nawet możliwość przyjęcia przez malezyjski ośrodek około 300 singapurskich koni.
Koszt przewiezienia konia ciężarówką do Malezji był przy tym nieporównywalnie niższy od transportu na przykład do Australii. Jeden z czołowych singapurskich trenerów mówił, że w przypadku Malezji było to około 500 dolarów singapurskich za konia, podczas gdy transport do Australii mógł wymagać wyłożenia około 25 tysięcy dolarów, zanim właściciel odzyskał część kosztów w ramach dotacji.
I tutaj historia Singapuru zaczyna robić się szczególnie interesująca w kontekście haseł o likwidowaniu wyścigów w imię dobra koni. Wyścigi w Singapurze rzeczywiście bowiem zlikwidowano. Konie uratowano przed singapurskimi wyścigami między innymi w ten sposób, że dofinansowano ich transport do Malezji, gdzie miały kontynuować sportową karierę.
Koniowi paszport niewiele mówi. Jeżeli w poniedziałek galopuje w Kranji, a kilka miesięcy później w Kuala Lumpur, z jego punktu widzenia nie nastąpiła żadna rewolucja moralna. Zmieniły się współrzędne geograficzne.
Singapur mógł więc zamknąć własny przemysł stosunkowo bezpiecznie między innymi dlatego, że wokół niego nadal istniał świat, który te konie był w stanie wchłonąć. To rozwiązanie ma tylko jedną, dość kłopotliwą wadę dla zwolenników globalnego końca wyścigów: działa wyłącznie dopóty, dopóki ktoś inny wyścigów nie zlikwiduje.
MAKAU: 289 KONI I ROK NA UPORZĄDKOWANIE PROBLEMU
Podobnie było w Makau, gdzie wyścigi zakończyły się 1 kwietnia 2024 roku. Pozostało tam około 289 zwierząt.
Także w Makau decyzja o zakończeniu wyścigów nie była następstwem protestów dotyczących dobrostanu koni. Macau Jockey Club od lat zmagał się z poważnymi problemami finansowymi i zwrócił się do władz o rozwiązanie umowy koncesyjnej, wskazując m.in. na narastające straty oraz trudności w dalszym prowadzeniu działalności.
Nie nakazano opróżnić stajni w ciągu tygodnia. Wyznaczono termin do 31 marca 2025 roku, a więc mniej więcej rok, na przetransportowanie zwierząt. Obiekt i stajnie pozostawały w tym czasie dostępne właśnie po to, żeby cały proces można było przeprowadzić stopniowo.
Dwieście osiemdziesiąt dziewięć koni i rok. To daje pewne wyobrażenie o tym, jak wygląda likwidacja wyścigów wtedy, kiedy przestaje stanowić hasło, a zaczyna być przedsięwzięciem logistycznym dotyczącym żywych zwierząt.
W POLSCE JUŻ SAMYCH BIEGAJĄCYCH KONI JEST WIĘCEJ
Według danych PKWK w sezonie 2025 w polskim treningu startowało 509 koni pełnej krwi angielskiej, 245 koni czystej krwi arabskiej oraz 35 kłusaków, czyli łącznie 789 koni.
Już sama liczba koni aktywnie uczestniczących w wyścigach przekracza zatem populację, z którą musiał zmierzyć się Singapur. A przecież te 789 koni to nie polska populacja wyścigowa. To jedynie konie, które w danym sezonie biegały.
Do rachunku trzeba dopisać źrebięta, roczniaki, klacze hodowlane, ogiery oraz zwierzęta czasowo pozostające poza treningiem. Dopiero wtedy zaczynamy rozumieć rzeczywistą skalę przedsięwzięcia pod tytułem „zamknijmy polskie wyścigi”.
Można oczywiście liczyć, że część folblutów znajdzie miejsce w WKKW, skokach czy rekreacji. I rzeczywiście znajdzie. Byłe konie wyścigowe potrafią z powodzeniem rozpocząć tzw. drugą karierę – istnieją na to setki przykładów z naszego polskiego podwórka.
Ale rynek nie jest z gumy, a folblut po treningu wyścigowym nie staje się automatycznie odpowiednim koniem dla człowieka, który po dziesięciu lekcjach jazdy zapragnął własnego wierzchowca.
Nagłe pojawienie się ogromnej liczby tanich koni stworzyłoby ryzyko wystąpienia dokładnie tych zjawisk, przed którymi obrońcy zwierząt powinni chcieć je chronić: przypadkowej sprzedaży, pogorszenia warunków utrzymania, zaniedbań, eksportu, a w znacznej części przypadków zapewne również uboju lub eutanazji.
ZLIKWIDUJMY WYŚCIGI W POLSCE. I CO WŁAŚCIWIE OSIĄGNIEMY?
Tutaj dochodzimy do pytania jeszcze ciekawszego. Załóżmy, że Polska rzeczywiście zakazuje wyścigów. Co zmienia się z punktu widzenia światowego przemysłu wyścigowego? Niewiele.
Nadal ścigają się konie we Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Czechach, Stanach Zjednoczonych, Japonii, Australii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej i wielu innych państwach.
Najlepsze konie biegające w Polsce wyślemy za granicę, gdzie będą trenować i się ścigać. Hodowca nadal będzie mógł korzystać z zagranicznych reproduktorów, a właściciel kupować zwierzęta na europejskich aukcjach. Nie zlikwidujemy więc wyścigów. Zlikwidujemy polskie wyścigi.
Stracimy własną próbę dzielności, część hodowli, miejsca pracy, wiedzę gromadzoną przez pokolenia i niemal dwustuletnią tradycję. Część naszych koni będzie robiła dokładnie to samo, co robi dzisiaj – tyle że kilkaset czy kilka tysięcy kilometrów dalej.
Jeżeli celem całej operacji miało być zakończenie wyścigów konnych, trudno dopatrzyć się w tym szczególnego sukcesu. Chyba że koniowi ma być lżej na duszy, jeśli będzie biegł ze świadomością, że galopuje po czeskiej albo francuskiej trawie.
DOBRZE, TO ZAMKNIJMY WSZYSTKIE TORY ŚWIATA
Dopiero wtedy eksperyment robi się naprawdę interesujący. Według międzynarodowych danych każdego roku rejestruje się na świecie około 80 tysięcy źrebiąt pełnej krwi angielskiej. Organizacje hodowlane zrzeszone w International Thoroughbred Breeders’ Federation raportują ponad 120 tysięcy klaczy hodowlanych oraz kilka tysięcy ogierów.
Do tego trzeba doliczyć konie znajdujące się obecnie w treningu, młodzież oraz starsze roczniki. Nie mówimy już więc o 289 zwierzętach z Makau ani 700 z Singapuru, a o setkach tysięcy wierzchowców należących do systemu stworzonego wokół wyścigów.
I tym razem nie będzie Malezji, która przyjmie część koni z Singapuru. Nie będzie Francji, Czech, Irlandii ani Australii. Nie będzie innego toru, innego trenera i innego rynku. Pozostanie ogromna populacja zwierząt, których wartość ekonomiczna w jednej chwili dramatycznie spadnie. A zwierzę, niestety, nie przestaje kosztować tylko dlatego, że straciło wartość rynkową.
FOLBLUT NIE WYGINIE. ALE PRZESTANIEMY GO HODOWAĆ W OBECNEJ SKALI
W dłuższej perspektywie problem rzeczywiście zacząłby się rozwiązywać – tyle że w sposób dość osobliwy. Po prostu przestalibyśmy produkować dziesiątki tysięcy folblutów rocznie.
Rasa zapewne nie zniknęłaby całkowicie. Pełna krew pozostaje cenna dla WKKW, polo, skoków i jako materiał uszlachetniający inne rasy. Zmieniłaby się jednak skala hodowli oraz, z czasem, kierunek selekcji.
Po kilku czy kilkunastu pokoleniach koń pełnej krwi nadal mógłby istnieć w księdze stadnej, lecz hodowany bez próby wyścigowej coraz mniej przypominałby populację kształtowaną przez trzy stulecia pod kątem szybkości i wydolności.
Jest w tym pewna gorzka ironia. Najskuteczniejszym sposobem, żeby konie nie cierpiały wskutek wyścigów, rzeczywiście staje się doprowadzenie do sytuacji, w której większość tych zwierząt w ogóle się nie urodzi. Czy właśnie tak wyobrażamy sobie wielkie zwycięstwo miłości do folbluta?
WYŚCIGI MOŻNA BRONIĆ, NIE BRONIĄC WSZYSTKIEGO
I tutaj wracamy do Twierdzy, a po wydarzeniach z 2025 roku również do Real Golda.
To, że w 2009 roku stanęłyśmy po stronie klaczy, nie uczyniło z nas przeciwniczek wyścigów. Nasze działania wynikały z przekonania, że jeśli chcemy mieć prawo bronić tego sportu, musimy również potrafić powiedzieć własnemu środowisku: tego robić nie wolno.
Tak samo powinno być dzisiaj. Jeżeli tongue-tie jest niedozwolony, egzekwujmy przepisy. Jeżeli jakaś metoda nie znajduje dostatecznego uzasadnienia we współczesnej weterynarii, zweryfikujmy ją. Jeżeli koń ma problemy z oddychaniem, korzystajmy z diagnostyki, w tym dynamicznej endoskopii podczas wysiłku, zamiast automatycznie sięgać po rozwiązania odziedziczone po poprzednich pokoleniach.
Można dalej ograniczać używanie bata, zaostrzać kontrole antydopingowe, zwłaszcza w treningu, zwiększać zakres badań przed gonitwami, analizować urazy, lepiej dbać o stan toru i bez sentymentów wycofywać z wyścigów konie, których stan zdrowia budzi wątpliwości. Przypadek Real Golda jest dodatkowym argumentem za tym, żeby badania przedstartowe były możliwie dokładne, procedury reagowania na najmniejsze podejrzenie urazu jednoznaczne, a odpowiedzialność za bezpieczeństwo konia rozłożona na cały system, zamiast materializować się dopiero wtedy, kiedy coś złego wydarzy się na oczach publiczności.
Potrzebujemy również czegoś, czego polskim wyścigom bardzo brakuje: profesjonalnego systemu kształcenia młodych jeźdźców.
Nie chodzi o kolejny egzamin z regulaminu, lecz o prawdziwą szkołę wyścigową, wzorowaną na rozwiązaniach funkcjonujących w największych krajach tej branży. Brytyjska British Racing School przygotowuje młodych ludzi nie tylko do samej jazdy, lecz także do bezpiecznej pracy z folblutem, ucząc o jego anatomii, fizjologii i dobrostanie. Na kolejnych etapach szkolenia dochodzą coaching dżokejski, przygotowanie fizyczne i psychiczne, praca na torze oraz opieka wyspecjalizowanych trenerów.
Francuska AFASEC prowadzi pięć akademii, w których młodzi ludzie mogą zdobywać kwalifikacje do pracy przy koniach wyścigowych, a nauka zaczyna się jeszcze na etapie edukacji szkolnej. Irlandzka Racing Academy and Centre of Education w Kildare również od lat buduje system edukacji wokół pracy z folblutem, horsemanship i doskonalenia umiejętności jeździeckich.
Dlaczego w Polsce młody człowiek marzący o zostaniu dżokejem nie miałby przechodzić podobnej drogi?
Szkolenie powinno obejmować nie tylko dosiad, taktykę i regulamin, lecz także rozpoznawanie kulawizny i innych objawów mogących świadczyć o urazie, reakcję w sytuacji awaryjnej, biomechanikę ruchu konia, podstawy weterynarii sportowej, zachowanie folbluta w stresie, dobrostan, pierwszą pomoc oraz trening na symulatorach i analizę nagrań rzeczywistych sytuacji z torów. Młody zawodnik powinien wielokrotnie przećwiczyć reakcję na kryzys, zanim po raz pierwszy będzie musiał podjąć taką decyzję przy jeździe w tempie kilkudziesięciu kilometrów na godzinę.
To byłby znacznie bardziej konstruktywny wniosek z tragedii Real Golda niż przyklejenie początkującej amazonce etykiety na resztę życia.
Drugą podstawową kwestią jest konieczność poważniejszego potraktowania przez polskie wyścigi tego, co dzieje się z koniem po ostatnim starcie w karierze.
Potrzebujemy systemu retrainingu byłych koni wyścigowych, współpracy z odpowiedzialnymi nowymi właścicielami, promocji folbluta w innych dyscyplinach, być może branżowego funduszu wspierającego drugą karierę oraz znacznie lepszego śledzenia dalszych losów koni.
Jeżeli więc chcemy rzeczywiście reformować polskie wyścigi, zamiast je likwidować, potrzebujemy dwóch rzeczy jednocześnie: systemu przygotowującego konia do życia po karierze na torze oraz systemu przygotowującego młodego człowieka do odpowiedzialności, którą bierze na siebie, kiedy na tego konia wsiada. To są postulaty, pod którymi podpiszemy się bez wahania.
TERAZ CHCEMY USŁYSZEĆ WAS
Skoro jednak mówimy o zmianach, nie chcemy kończyć tej dyskusji stwierdzeniem, że sami wiemy najlepiej, czego polskie wyścigi potrzebują.
Tower-Racing od początku było miejscem tworzonym przez ludzi związanych z wyścigami na bardzo różne sposoby – właścicieli, hodowców, trenerów, jeźdźców, pracowników stajni, bywalców toru i zwyczajnych kibiców. Każda z tych grup patrzy na wyścigi z trochę innej perspektywy i każda może dostrzegać problemy, których nie widać z trybun, ekranu komputera czy nawet z drugiej strony stajennych drzwi.
Dlatego jeżeli macie pomysły, które mogłyby realnie poprawić dobrostan koni wyścigowych w Polsce, napiszcie do nas poprzez formularz dostępny na stronie Tower-Racing.
Mogą to być duże propozycje dotyczące badań weterynaryjnych, zasad dopuszczania koni do gonitw, wyposażenia, szkolenia młodych jeźdźców, kontroli treningu, retrainingu czy opieki nad wierzchowcami po zakończeniu kariery. Mogą to być również rzeczy znacznie mniejsze – wynikające z codziennych obserwacji ludzi, którzy pracują przy koniach i wiedzą, że czasami właśnie drobna zmiana procedury potrafi zrobić dużą różnicę.
Nie trzeba podpisywać się nazwiskiem. Jeżeli z jakiegokolwiek powodu wolicie pozostać anonimowi, możecie przesłać swoją propozycję całkowicie anonimowo. Nie musicie nawet podawać prawdziwego adresu e-mail, w polu formularza wystarczy wpisać np. „mail@mail.com” i wiadomość również do nas dotrze. Bardziej niż nazwisko czy adres mailowy autora interesuje nas to, czy jego pomysł ma sens i czy może przynieść koniom coś dobrego.
Zapraszamy również osoby krytycznie nastawione do wyścigów. Nie musicie zgadzać się z nami, żeby zabrać głos. Prosimy jedynie o jedno: zamiast samego „zlikwidować”, spróbujcie odpowiedzieć na pytanie „co konkretnie można zrobić lepiej?”
Jeżeli zbierze się kilka lub kilkanaście sensownych propozycji, przedstawimy je w kolejnym artykule na Tower-Racing – także wtedy, gdy nie ze wszystkimi będziemy się zgadzać.
Być może uda się w ten sposób stworzyć coś znacznie ciekawszego niż kolejną wymianę oskarżeń pomiędzy „obrońcami wyścigów” a „obrońcami koni”.
Bo te dwa określenia naprawdę nie powinny oznaczać dwóch przeciwnych stron barykady. Nasza redakcja jest na to najlepszym przykładem.
A jeżeli z całej obecnej awantury miałoby wyniknąć coś więcej niż kilka transparentów, kilkaset komentarzy i kolejna wojna w mediach społecznościowych, niech będzie to przynajmniej lista konkretnych rzeczy, które w polskich wyścigach możemy zrobić lepiej.
NIE RATUJMY KONI PRZED ICH ISTNIENIEM
Środowisko wyścigowe nie powinno odpowiadać na krytykę obrażaniem się, zamykaniem w – nomen omen – twierdzy i przekonywaniem, że skoro wyścigi odbywają się od pokoleń, wszystko musi pozostać dokładnie takie samo. Nie musi. Historia klaczy Twierdza jest dla nas wystarczającym przypomnieniem, że czasem właśnie ludzie ze środowiska powinni jako pierwsi powiedzieć głośno: tego dłużej tolerować nie można.
Dlatego z protestującymi możemy zgodzić się w jednej zasadniczej sprawie: dobrostan należy poprawiać, a przepisów przestrzegać. Jeżeli obecna dyskusja doprowadzi do lepszego traktowania koni, skuteczniejszych kontroli, mądrzejszego szkolenia młodych jeźdźców czy wyeliminowania praktyk, których nie da się już obronić wiedzą i doświadczeniem – tym lepiej.
Nie zgodzimy się natomiast z przekonaniem, że troska o konie musi oznaczać walkę z samym istnieniem wyścigów. Nie chcemy bronić wszystkiego, co dzieje się na torze tylko dlatego, że sytuacja tak tam wygląda od lat. Chcemy bronić wyścigów, które potrafią się zmieniać.
Bo można jednocześnie żądać ostrzejszych standardów i pełnych trybun, lepszej diagnostyki i udanej dla Organizatora Wielkiej Warszawskiej, bezpieczniejszych gonitw i kolejnych pokoleń folblutów. Można być po stronie konia, nie protestując przeciwko wyścigom.
I właśnie my po tej stronie stoimy.
Bo troska o konie powinna oznaczać tworzenie dla nich lepszego świata, a nie świata, w którym przestają być potrzebne.