Anonymous pisze:Zadajmy sobie proste logiczne pytanie.
Po co są w ogóle teraz te wyścigi na Służewcu skoro nikt o nich nie pisze, nie analizuje, nie ma dyskusji, informacji, rozmów z ludźmi, nie przestawia się koni w żadnych tekstach? Po co ci właściciele mają konie jak z tego nie ma żadnego prestiżu, otoczki? Po co wydawanych jest tyle milionów z kasy państwowej spółki na dziwny twór o którym nikt nic nie wie? Jakie informacje dostają teraz gracze poza suchymi wynikami w programie? To zrobiło się wszystko kuriozalne.
To są doskonałe pytania. Rzetelne odpowiedzi powinny wszystkim przybliżyć rzeczywistość, w której się poruszamy.
Dlaczego państwo wydaje tyle kasy?
Bo musi. Jest właścicielem zabytkowego obiektu i ma obowiązek dbania o jego stan, a to kosztuje, nawet gdyby przez cały rok hulał na nim tylko wiatr. Z punktu widzenia skarbu państwa jest to kukułcze jajo, z którym nie wiadomo, co zrobić. Jego dodatkową wadą jest zlokalizowanie na nim licznych stajni i całego ośrodka treningowego, co generuje dodatkowe koszty, a nie przynosi żadnych dochodów. Gdyby koni nie było, byłaby możliwość innego, bardziej komercyjnego zagospodarowania przestrzeni. I nie mam tutaj na myśli deweloperki, raczej jakiegoś parku rozrywki czy setek innych atrakcji, do których wstęp byłby płatny. Konie w tym przeszkadzają, ale nie da się ich usunąć. Dlatego spróbowano pogodzić te dwie rzeczy, organizując wyścigi i jednocześnie coś na kształt pikniku rodzinnego. Ale te pikniki są okazjonalne, a w codziennym wykorzystaniu przestrzeni przeszkadzają konie. Popularyzacja wyścigów nie leży w jego interesie, popularyzacja miejsca już tak.
Po co właściciele mają konie?
Właścicieli można podzielić na cztery grupy:
- ci, którzy realny biznes wyścigowy prowadzą za granicą, a w Polsce trzymają tylko konie słabiej rokujące, późniejsze itp. Decydują koszty utrzymania oraz jednak możliwość częściowego zwrotu z inwestycji, na co gdzie indziej by nie mogli liczyć. Czyli zwykła ekonomia, taka jak przy otwieraniu fabryk produkujących ciuchy w Bangladeszu czy Tajlandii. Dlaczego oni mają być zainteresowani popularyzacją?
- trenerzy i ich rodziny. W tym wypadku nie trzeba płacić za trening, bo inwestuje się własną pracę. Nie trzeba też płacić trenerowi procentu od wygranych nagród, bo to ta sama kieszeń. Dzięki temu można wyjść na swoje, nawet przy relatywnie niskich nagrodach. W gospodarce rynkowej trenerzy byliby zainteresowani popularyzacją, bo od tego by zależały ich dochody z nagród wyścigowych. U nas nie mają tego bodźca, a przekazywanie informacji to dodatkowe obciążenie, którego lepiej unikać.
- zapaleni gracze, którzy posiadanie koni traktują jak inwestycję. Liczą na to, że dzięki poufnym informacjom ze stajni będą w stanie trafić jakieś czwórki, kwinty lub septymy i wkład im się zwróci. Niektórzy mają kilka koni, każdego u innego trenera, by zwiększyć zasięg swoich wpływów. Z ich punktu widzenia szeroka i szczera informacja podważałaby sens bycia właścicielem. Przynależność do tej grupy nie wyklucza przynależności do innej.
- prawdziwi zapaleńcy, pełniący rolę (niech nikt się nie obraża, nic osobistego) pożytecznych idiotów czy mięsa armatniego.
Dlaczego nie ma informacji?
Bo nikomu na tym nie zależy, a dla sporego odsetka osób jest to działanie niepożądane.