Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Pisane w galopie 1


Federico Tesio
PISANE W GALOPIE
(fragmenty)

tłum. Małgorzata Caprari

GARŚĆ WSPOMNIEŃ


WŁOCHY 1889

KONIE PEŁNEJ KRWI I WYŚCIGI

W owych czasach każdy, kto posiadał konia wyścigowego uważany był przez poważne osoby za wariata tańczącego na brzegu przepaści. Oficer kawalerii czy artylerii chcąc błysnąć w towarzystwie powinien dosiadać konia pełnej krwi, złamać sobie obojczyk, grywać w bakarata i pojedynkować się. Nagrodę za to stanowiła kobieta, ponieważ wszystkie te rzeczy wpływały podniecająco na wrażliwe nerwy płci pięknej. Przejadało się zatem fortuny i robiło długi.
Jeden z moich przyjaciół zastrzelił się. Inny skończył gdzieś w Wenezueli jako woźnica konnego tramwaju. Trzeci ożenił się z córką swego dłużnika i w ten sposób nie musiał już płacić długów a swoja żonę uczynił prawdziwą hrabiną z historycznym nazwiskiem.
Dwóch moich przyjaciół pojedynkowało się. Jeden był kochankiem żony drugiego. W tamtych czasach była to nadzwyczaj ciężka zniewaga. Warunki pojedynku były mordercze. Miejsce - pokój stołowy, odległość - długość stołu, jeden strzał z pistoletu.
- Ognia!
Strzelili jednocześnie. Kochanek zabił męża.
Innym tragicznym pojedynkiem był ten, w jakim zginął Felice Cavallotti.
Poeta, komediopisarz, publicysta i poseł do parlamentu, swoich prawd bronił słowami i szpadą. Kiedy bił się, krzyczał na cale gardło niczym w parlamencie, chcąc tym wytrącić przeciwnika z równowagi. Zwykle system ten funkcjonował wspaniale. Ale pewnego razu przeciwnik pozostał nieruchomy z ostrzem szpady zwróconym w stronę Cavallottiego. I ten zabił się trafiając otwartymi ustami na broń zmartwiałego rywala.
Także i ja opaliłem swoje skrzydła w płomieniu mody. I wtedy właśnie zdecydowałem się wyruszyć w świat, szukać wrażeń i przygód.
Przemierzyłem Pampasy z gauchos.
Przemierzyłem Patagonię z Indianami.
Ale wszędzie, gdzie tylko się znalazłem, koń był motywem przewodnim mojego życia.


DZIEŃ WYŚCIGOWY W NEAPOLU ZA CZASÓW KRÓLA HUBERTA.

Wiosna, słonce, morze. Wezuwiusz i piosenki.
Po śniadaniu na Chiaia spotkanie konnych zaprzęgów. Był to podniecający konkurs: kto ma piękniejsze konie, kto lepiej oprzężone, kto lepiej powożone i kto ma piękniejsze damy do pokazania. Okucia, kokardy, cylindry, buty z cholewami, wszystko aż lśni w słońcu. Jeden elegancki ruch batem i w drogę na wyścigi, na Pole Marsowe. Tłum klaszcze rękami niczym w teatrze.

Także i ulicznicy maja swoje poczwórne zaprzęgi. Fantastyczne! Bosi... w podartych ubraniach. Jeden jest powożącym i trzyma w ręku długi bat. Dwaj najmniejsi są parą cuglową i aby lepiej odegrać swoją rolę i wierzgają oraz wyginają szyje. Powożący wstrzymuje ich cuglami, od czasu do czasu trąca ich lekko końcem bata.
Dwaj więksi z godnością uosabiają konie dyszlowe. Uzdy, naczółki, szory i cugle są zrobione z pomalowanego na żółto sznurka. Sprzączki wyciągnięte z portek albo wyłowione w koszach na śmieci, lecz za to wyczyszczone na wysoki połysk. Kokardy i frędzle z kolorowego papieru.
Także i czterokonne zaprzęgi uliczników ciągną w stronę hipodromu u boku prawdziwych koni, poprzez Toledo do Pola Marsowego. Tłum zgromadzony wzdłuż trasy klaszcze rękami z podziwu.
Fałszywy mnich w kapturze opuszczonym na oczy ustawił sugestywną kolekcje manekinów. Na Capodichino, dobrze na widoku, na progu ciemnej rudery ozdobionej na dachu krzyżem, ustawiono sześć ogromnych figur: generał, biskup, sędzia, ksiądz, zakonnica, marynarz. Wszystkie kukły mają twarze wykrzywione grymasem bólu, ponieważ toną w morzu płomieni wyrzeźbionych w drzewie i pomalowanych na czerwono. Wyobrażają one dusze w czyśćcu.
Dajcie choć grosik... Przyniesie wam to szczęście...na wyścigach.

NA PADDOCKU

Lornetki zawieszone na szyjach. Wysokie nakrochmalone kołnierzyki. Wąsy wysmarowane pomadą i podkręcone do góry. Spódnice zmiatają kurz. Bookmacher wykrzykuje sumy zakładów.
Mister Bartlett, oficjalny starter Jockey Clubu, udaje się na start ubrany jak należy: w redingocie i cylindrze, niczym premier, który zdąża do Parlamentu.
Opuszcza czerwoną chorągiewkę i... start !
Konie ruszają... biegną... przechodzą.
Werdykt sędziego nie podlega dyskusji. To, co widziały jego oczy, stanowi jedyną prawdę.
Gra się, przegrywa, wygrywa, podrywa damy i przesiaduje w bufecie Caflischa.
Co za wina ! Co za ciasta ! Pamiętam jeszcze smak babeczki z kremem. Prawie wszyscy jeźdźcy to Anglicy. Tom...Jack...Fred etc. Koń z Longchamp, jaki by nie był, bije prawie zawsze włoskiego faworyta.


WIECZÓR I NOC

Doskonały posiłek w Circolo Nazionale. Confettiello jest najlepszym kucharzem na świecie. Później bakarat aż do rana. Następnego dnia książę X sprzedaje posiadłość tysiąchektarową, spłaca dług karciany i jeszcze zostaje mu dosyć gotówki na wyjazd z przyjaciółką do Monte Carlo. Rodzina nie protestuje.
To był prawdziwy miłośnik wyścigów, ale wyścigi nie ponoszą odpowiedzialności za jego ruinę.
Po zakończeniu mityngu w Neapolu końska karawana rusza dalej. Konie, właściciele, trenerzy, dżokeje, bookmacherzy, lichwiarze, itd., itp. Wszyscy jadą do Rzymu na Derby.

Przedstawienie jest zawsze to samo. Zmienia się jedynie scenografia. Wezuwiusz zastępują Wzgórza Albańskie, Circolo Nazionale - Klub Myśliwski. To, co się nie zmienia, to dziewczęta. Szczególnie Sycylijczycy, gdy tylko przekroczą cieśninę, natychmiast znajdują sobie towarzyszkę życia „na kontynencie”. Wybierają z reguły tancerki lub aktorki. Są hojni, wierni i zazdrośni.
Z Rzymu jedzie się do Florencji na Premio Arno.
Z Florencji do Mediolanu na Premio Commercio.
Z Mediolanu do Turynu na Premio Amedeo.
I tutaj kończy się wiosenny sezon wyścigowy.


WYŚCIGI W 1945


Minęło pół wieku.
Mężczyźni stracili kapelusze, krawaty i wąsy. Kobiety strąciły pończochy i połowę spódnic. Oficer kawalerii utracił konia.
Włochy przegrały wojnę i straciły głowę. Zarówno pojedynki jak i pojęcie honoru należą już do przeszłości. Młody człowiek, który chce być modny, musi: posiadać karabin i granaty ręczne, strzelać bezbronnym w plecy, anonimowym listem oskarżyć rywala i sprawić, aby skazano go na śmierć, tańczyć na usypiskach gruzów, które kryją niepogrzebane zwłoki.
To wszystko wpływa podniecająco na delikatne nerwy płci pięknej.
Ale najbardziej podniecająco działają wojska okupantów. Pieniądze, młodość, muskuły.


DZIEŃ WYŚCIGOWY NA TORZE SAN SIRO
JESIEŃ 1945


Jedynym środkiem lokomocji jest tramwaj. Zawsze pełny. Na każdym przystanku niewielu pasażerów wysiada a wielu wsiada. Są to egzemplarze rasy ludzkiej różnego wieku, klasy społecznej i zapachu. Ci, którym udało się dostać do środka noszą nazwę sardynek. Ci, którzy wiszą na drzwiach noszą nazwę winogron. Podczas jazdy przechodzi się przyspieszony kurs anatomii porównawczej. W tym samym czasie pełni się rolę studenta jak i zwierzęcia doświadczalnego. W momencie, gdy tramwaj dojeżdża do San Siro, wszyscy już są po dyplomie.

NA PADDOCKU

Ludzie są źle ubrani. Tanie materiały, buty bez pięt. Tylko niewielu widzów ma lornetki. Zostały one zarekwirowane przez Niemców, przez „Muti”, albo przez partyzantów.

Nikt się nie bawi. Wszyscy ciężko pracują w nadziei zarobienia pieniędzy. Krążą pokątni bookmacherzy i złodzieje wysokiej klasy. Przyjmuje się wysokie zakłady.
Aby załatwić „skotłowanie konia” proponuje się dżokejowi sto lub dwieście tysięcy lirów równie łatwo jak kieliszek wermutu.
Konie startują ze startboksów. Starter żyje w ciągłym niebezpieczeństwie. Jeśli zdarzy mu się pomylić, ryzykuje on, ze wróci do domu z rozkwaszonym nosem niczym bokser.
Nie jest to jednak typowo włoska specjalność. W Belgii, na torze Groendael, nowy starter nazwiskiem Spencer Brown, wydał dyspozycje tak nieudolnie, ze za wyjątkiem jednego wszystkie konie zostały na starcie. Wyobrażacie sobie co się działo! Kolegium Stewardów podtrzymało werdykt biednego Browna, jednak biedak musiał uciekać do pobliskiego lasu goniony przez graczy, którzy polowali na niego jak na dzika. Co prawda udało mu się zmylić pogoń, lecz tego samego wieczoru strach nagłym atakiem wysokiej gorączki dal mu doskonały start... na tamten świat.

FOTOKOMÓRKA

Kamera filmowa rejestruje finisz gonitwy i rejestruje moment, w którym nos pierwszego konia mija linię celownika. Maszyna kontroluje człowieka. Dziś dla pieniędzy kradnie się i morduje. Być może tor wyścigowy jest miejscem, gdzie rzadziej się kradnie i rzadziej się morduje.

Opisałem wiernie to, co widziałem. Nie aprobuję ani nie odrzucam niczego. Wyrok pozostawiam czytelnikom.




KOŃSKI KALENDARZ

W POSZUKIWANIU MĘŻA

Do zorganizowania wyścigów konnych niezbędne są konie do biegania.
Aby mieć konie do biegania, trzeba najpierw mieć klacze hodowlane i znaleźć im odpowiedniego męża.
Mówię męża..., ponieważ, żeby koński związek został uznany przez prawo, musi być potwierdzony odpowiednim dokumentem opatrzonym pieczątką i podpisem specjalnego urzędnika.
Jeśli formalności te nie zostałyby dopełnione, koń, który się narodzi byłby niczym podrzutek pozbawiony praw cywilnych. Rzecz przedstawia się więc następująco: ten, kto jest właścicielem klaczy musi znaleźć jej odpowiedniego męża i zapłacić za jego „usługi”. Tak więc pieniądz ma podstawowe znaczenie także i w hodowli koni pełnej krwi.
Na rynku można znaleźć kandydatów na małżonka w każdej cenie. A co o tej cenie decyduje? Sukcesy odniesione w zmaganiach wyścigowych a także klasa potomstwa.

W każdym razie męża trzeba znaleźć i to w miarę możliwości najlepszego, na jakiego stać waszą kieszeń. Hodowca z prawdziwego zdarzenia powinien znać pochodzenie i karierę conajmniej 64 pierwszych przodków swojego konia. Oznacza to znać cechy charakterystyczne i wyniki działalności publicznej czyli curriculum vitae 128 zwierząt - przodków ogiera i klaczy, które planujemy ze sobą skojarzyć.

Każdy hodowca w zależności od swej kultury i punktu widzenia dojdzie do konkretnych spostrzeżeń, jak to, że niektóre klacze dobrze łączą się z wieloma ogierami, inne tylko z jednym a jeszcze inne - z żadnym. Można nie mieć całkowitej pewności, ale zwykle trzeba się decydować bardzo szybko. Bo często, kiedy długo nie możecie się zdecydować, może okazać się, ze wybrany z dużym trudem ogier jest już niedostępny, albo tez jest już niedostępny dla waszej kieszeni. Zdarzają się tez niedowiarki, którzy posyłają swoje klacze do najbliższego czynnego ogiera, który w dodatku zwykle kosztuje taniej. Rzadko, jednak czasem zdarza się, ze z takiego związku skąpstwa z łatwizną rodzi się bohater. W takim wypadku wszyscy badacze usiłują natychmiast odkryć przyczyny, dla których fenomen taki miał miejsce i szybko starają się skopiować receptę na sukces. Sama stanówka to zresztą tylko jeden z problemów, którym hodowca musi stawić czoła. Na osiągane wyniki maja wpływ także i inne czynniki jak klimat, pastwiska czy jakość paszy. Hodowca powinien wiec znać się na meteorologii, geologii, chemii rolnej, anatomii, fizjologii, botanice itd., itp. a w najgorszym przypadku dysponować naprawdę skutecznym amuletem przynoszącym szczęście.

Niektóre panie pozwalają sobie czasem na luksus posiadania jednocześnie dwóch małżonków. Jednak z rejestrów Urzędu Stanu Cywilnego wynika, ze tylko jeden z nich ma pełne prawa do tego tytułu. Ten drugi jest już nielegalny. Natomiast klacz pełnej krwi angielskiej czasem może sobie pozwolić na luksus posiadania jednocześnie aż trzech mężów, z których każdy jest prawnie uznany.
We Francji słynny MONARQUE, urodzony w roku 1852, jest wpisany do Księgi Stadnej jako przypuszczalny syn trzech ogierów: The Baron, Sting, The Emperor. W ten sposób zainteresowani mogą wybrać ojca, który najbardziej im odpowiada. Przez większość znawców Monarque jest uważany za syna ogiera The Emperor, ostatniego z potencjalnych ojców.
W romansach a także w kronikach historycznych kilkakrotnie możemy trafić na zamianę lub celowe podstawienie niemowląt w kołysce. Jeśli wierzyć plotce, to podobne zdarzenie miało tez kiedyś miejsce w stajni księcia Westminster. Słynny Bend Or, zwycięzca Derby 1880, według oficjalnego świadectwa był synem ogiera Doncaster i klaczy Rouge Rose. Jednak po wyścigu został złożony protest(odrzucony zresztą), w którym twierdzono, ze prawdziwym zwycięzcą Derby 1880 był nie Bend Or, syn Rouge Rose, lecz Tadcaster, syn Clemence i Doncaster’a.
Podobno obydwa konie, podobnej kasztanowatej maści i o zbliżonych odmianach, zostały przypadkowo zamienione w chwili gdy przybyły ze stadniny na tor wyścigowy.
Na potwierdzenie tej hipotezy podawano fakt, ze rzekomy Bend Or miał na ciele ciemne plamy tak jak Clemence i że klacz ta dawała zawsze wartościowe potomstwo, podczas gdy Rouge Rose poza Bend Or ‘em. dała same miernoty. Autorem tej wersji był pewien stajenny, który bronił swych racji nawet na łożu śmierci.
W każdym razie, kiedy zajmuję się studiowaniem końskiej genealogii, w chwili gdy dochodzę do imienia Bend Or, zawsze stawiam obok znak zapytania...

IMIONA KONI


Pewnego ranka przeglądałem program wyścigowy z toru Capanelle. W zapisie nie było żadnego mojego konia, nie miałem więc żadnego osobistego interesu. Zająłem się nazwami koni - myślałem o znaczeniu, jakie miały w słowniku bądź w encyklopedii. Ten sam koń, gdyby miał innego właściciela, z pewnością miałby także i inne imię. Dlaczego? Dlatego, ze każdy człowiek ma odmienny sposób myślenia, poziom kulturalny, a także środowisko z którego pochodzi i w którym żyje, niż jego bliźni. I to właśnie nie pozostaje bez wpływu na imiona, które się nadaje koniom.
Istnieją grafologowie, którzy podejmują się na podstawie próbki pisma określić charakter człowieka. W takim razie uważam za równie logiczne studia nad charakterem właścicieli na podstawie imion koni.
Tego samego wieczoru, natychmiast po przybyciu do siedziby Jockey Clubu zabrałem się za wertowanie roczników wyścigowych. Jeden z przyjaciół spytał mnie: Czego szukasz? Może ci pomoc?
Odpowiedziałem: Chcę poznać dusze właścicieli.
Przyjaciel tylko się roześmiał.
Aby pokazać wam, jak się odbywa takie poszukiwanie duszy właścicieli, zacytuję wam kilka najprostszych przykładów.
I. przykład:
Stajnia pana „X”
Raffaello - ogier gniady, czteroletni (.....)
Fidiasz - ogier gniady, trzyletni (.....)
Canova ogier kasztanowaty, dwuletni (.....)
Rosalba Carriera, klacz gniada, dwuletnia (.....).
Czytając te nazwy szybko dojdziecie do wniosku, że jest to hodowca, który trenuje własne konie, zaczął je hodować od niedawna, kocha sztukę i prawdopodobnie jest żonaty. Dlaczego?
Odpowiedź: Gdyby hodował konie od dawna, wyczerpałby już imiona wielkich mistrzów. Konie w treningu są więc jego własnej hodowli i jest młody, ponieważ wybrał sobie „znak firmowy” i ma jak widać zamiar dojść daleko. Kocha sztukę, ponieważ nadaje koniom imiona malarzy i rzeźbiarzy. Prawdopodobnie jest też żonaty, ponieważ żaden kawaler nie lubi ciągłości, może za wyjątkiem przemysłowców.
II. przykład.
Stajnia pana „Y”
Mentolo, wałach siwy, sześcioletni (.....)
Cicerone, ogier gniady, pięcioletni (.....)
Minna, klacz kasztanowata, dwuletnia (.....)
Sedici, ogier gniady, dwuletni (.....)

Właściciel jest młodym człowiekiem, nie ma większego doświadczenia z końmi, posiada kochankę o imieniu Minna i ostatnio ruletka przyniosła mu chwilową fortunę. Mentolo i Cicerone, dwa stare, urwane już konie zostały zakupione w wyścigach sprzedażnych. Minna i Sedici zostały zakupione na aukcji roczniaków. Młodzieniec niedawno musiał odziedziczyć jakiś spadek. Jest młody i niedoświadczony, ponieważ tylko ktoś młody i niedoświadczony może kupić tak stare konie jak Mentolo czy Cicerone. Minna musi być kochanką a nie żoną w podróży poślubnej, ponieważ żona zwracałaby większą uwagę na wydatki. Ruletka przyniosła mu chwilowa fortunę numerem 16(sedici).
Można jednak znaleźć także i imiona dobrze dobrane.
Oto imiona koni wybitnych:
Dollar - syn Payment,
Energy - syn Sterling`a,
Le Sancy - syn Gem of Gems.
Są to w większości imiona wymyślone w rodzinnym gronie po dobrym obiedzie.
Jest też koń z imieniem wywołującym mdłości: Sea-sick (choroba morska - przyp. tłumacza). Kto też może być jego właścicielem?
W ten sposób wskazałem wam, jak przebiega tok rozumowania. Jeśli to was zainteresowało, spróbujcie i wy. Jest to zdecydowanie bardziej interesująca rozrywka niż rozwiązywanie krzyżówek.

PO WESELU


Smukłe klaczki o błyszczących oczach, rozdętych chrapach i płynnym, wydatnym ruchu, które przechadzały się wśród tłumów zapełniających tory wyścigowe, zamieniają się w spokojne i otyłe matrony, zajęte pasionką na żyznych łąkach. Czasami, pod wrażeniem niespodziewanego hałasu, przypominają sobie nagle przeszłość i dawne przyzwyczajenia, wierzgając zaczynają galopować. Lecz szybko zatrzymują się, bo braknie im tchu i wracają do prozaicznego skubania trawy.
Wenus Botticellego roztyła się i zamieniła w matronę Rubensa.

Ciąża trwa mniej więcej jedenaście miesięcy. W tym czasie klacz pierwiastka nie zdaje sobie sprawy co się z nią dzieje. Być może, gdy będzie źrebna po raz drugi, będzie już coś podejrzewać, nauczona doświadczeniem. Jednak nigdy nie dowie się, że za jej odmienny stan ponosi odpowiedzialność dawno już zapomniane spotkanie z małżonkiem, który też zatarł się już w pamięci. Pojawienie się kropli siary na nabrzmiałych sutkach, ogromny brzuch, a przede wszystkim opuszczone mięśnie zadu, wszystko to zwiastuje rychły poród.
Klacze, żeby rodzić, szukają zawsze odosobnienia, to jest przede wszystkim ciszy i spokoju. W 1945 roku w Dormello trzy klacze wyźrebiły się na pastwisku pomiędzy południem a pierwszą po południu, to jest w porze sjesty, kiedy wszyscy idą na obiad.
Pierwsza osoba, która wróciła na pastwisko, zobaczyła na ziemi źrebaka, który nieudolnie usiłował stanąć na nóżki i klacz, która lizała go energicznie, aby wzmocnić go masażem.

Poród jednak nie zawsze odbywa się tak łatwo. Czasami zdarzają się komplikacje. Z tego powodu klacze, których termin wyźrebienia jest bliski, noc spędzają w tzw. porodówkach. Jest to pomieszczenie lub stajnia, zbudowane w ten sposób, że człowiek może czuwać jednocześnie nad trzema lub czterema klaczami, nie zakłócając im przy tym spokoju. Jednocześnie na miejscu znajduje się to wszystko, co jest w takiej sytuacji niezbędne: gorąca woda, środki dezynfekcyjne, bandaże. Człowiek ten pełni rolę wykwalifikowanej położnej. Powinien on mieć odpowiednie przygotowanie fachowe, doświadczenie i być czysty. Z reguły dysponuje jedynie doświadczeniem. Jego podstawową zaletą powinna być umiejętność, aby pozwolić działać naturze, tj. obserwować rodzące przez lufcik i nie interweniować, jeśli to nie jest naprawdę konieczne.
Niestety, nikt nie ma odwagi, by biernie obserwować i interweniuje się z reguły przed czasem. Nie jest to wcale korzystne, i należy jedynie mieć nadzieję, że nie będzie to mieć przykrych następstw.
Matka jest niespokojna. Zaczynają się skurcze...
Skurcze wzmagają się i oto następny cud natury: na świat przychodzi nowe żyjące stworzenie. Pojawienie się na Ziemi nowej istoty to zawsze wielkie wydarzenie. Z reguły odbywa się to w sposób prosty i naturalny.
Jednak może się zdarzyć, że poród ma przebieg nietypowy i wtedy konieczna jest interwencja weterynarza. Często człowiek, dzięki swej wiedzy, potrafi opanować sytuację, lecz zdarza się, że mimo najlepszych środków, nic nie można już zrobić.
Kiedyś jedna z moich najlepszych klaczy urodziła przepięknego ogierka. Był gniady, wielki, dobrze umięśniony, o poprawnej postawie kończyn. Ssał łapczywie mleko i wszystkim się interesował. Chciał poznać świat. Wydawało się, że czekają na niego sukcesy i sława. Nagle zachorował.
Przyszedł weterynarz. Nauka, doświadczenie i miłość robiły co tylko mogły, by go uratować. Biedne stworzenie cierpiało niewymownie. Trzeba go było pilnować, aby nie rozbił głowy o mur.
Trzymałem go w objęciach i łagodnie do niego mówiłem. Patrzył na mnie inteligentnie, a w jego spojrzeniu było tyle cierpienia. Nie chciał tracić życia, które dopiero się zaczynało. Masowałem całe jego ciałko i zwracałem się najbardziej czułymi słowami. Łyżeczką wlewałem mu do pyszczka leki. Pił je. Wydawał się wdzięczny. Nie chciał umierać.
Matka tylko rżała i patrzyła na niego. W pewnej chwili maleńkie wargi zbladły. Patrzył na mnie jakby prosząc o pomoc. Potem utkwił wzrok gdzieś daleko i już się nie poruszył. Był jeszcze ciepły lecz serce już nie biło.

PROFESJA: MAŁŻONEK


W końskiej rodzinie mąż nosi nazwę reproduktora. Reproduktor jest żyjącym w luksusie niewolnikiem. Jeśli spisuje się dobrze, wzbogaca swego pana, jeśli źle, staje się przyczyną jego ruiny. Jego wartość materialna jest warunkowana najpierw poprzez sukcesy na torze wyścigowym, a następnie przez sukcesy w hodowli.
Do boksów modnych reproduktorów potencjalne żony tworzą długą kolejkę, niekiedy przez cale lata, aby tylko uzyskać prawo do randki, za którą opłata dochodzi do 6 tysięcy funtów.
Prawo pierwszeństwa do randez-vous ze słynnym Nearco odstąpiono kiedyś za 20 tysięcy funtów.
Takie ceny mogą płacić tylko ci, którzy naprawdę mogą sobie na to pozwolić.

Zazwyczaj najlepszymi reproduktorami okazują się te, które wygrały najbardziej prestiżowe gonitwy. Niepokonani na torze wyścigowym Eclipse i St. Simon okazali się nie do pobicia także i w hodowli. Czasami jednak ten, kto na celowniku był drugi, pokonuje zwycięskiego rywala na polu hodowlanym.
Na przykład Pharos, drugi w Derby za Papyrusem, okazał się w hodowli o wiele cenniejszym ogierem.
Czasami też pojawia się nikomu nieznana rewelacja. Na przykład : Tredennis. Ale zawsze można dla takiego fenomenu znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie, można zatem stwierdzić, ze na dłuższą metę celownik jest bardziej inteligentny niż ludzki mózg i należy uznać go za mistrza nad mistrzami przy ocenie wartości koni.
Ogiery maja zwykle bardziej zdecydowany charakter niż klacze, lecz jest to z reguły dobry charakter... o ile oczywiście są one dobrze traktowane. W moim życiu poznałem zaledwie jednego ogiera, który był naprawdę groźny: był to Ladas, urodzony w 1891 r. Jego boks miał dwie pary drzwi. Jedne otwierały się na podwórze i klucz do nich miał specjalny strażnik, drugie drzwi, zawsze otwarte wychodziły na ogrodzony wysokim murem paddock.
Kiedy pojawiała się kolejna kandydatka na żonę, była ona wprowadzana na paddock sekretnym wejściem. Dopełnienie aktu małżeństwa można było zobaczyć jedynie przez mały lufcik. A dopiero wtedy, gdy ogier stracił zainteresowanie świeżo poślubioną małżonką i oddalił się, można ją było bez ryzyka zabrać.
A propos złego charakteru, który był wynikiem uprzedniego złego zachowania, pamiętam, że czytałem pewne opowiadanie, które brzmiało mniej więcej tak:
Władca Maroka posłał w darze francuskiemu królowi, Ludwikowi XIV, urodzonego w 1724 roku orientalnego ogiera wysokiej krwi. Nieodpowiednio traktowany w stajni królewskiej stał się niebezpieczny dla ludzi i dlatego sprzedano go pewnemu woziwodzie.
Pewien angielski gentleman, spacerując po ulicach Paryża, zwrócił uwagę na woźnicę, który bił do krwi nieposłusznego lecz bardzo urodziwego konia. Kupił biedne zwierzę za trzy ludwiki i wysłał do Anglii, do swego przyjaciela, lorda Godolphina. Koń znalazł tam zatrudnienie jako próbnik, a do jego obowiązków należało sprawdzanie, czy klacze skłonne były połączyć się z bezdyskusyjnie panującym podówczas końskim Paszą.
Nowy przybysz, pomny swych świetnych przodków, a przede wszystkim pamiętając, że w prostej linii pochodzi od jednej z klaczy Proroka, uznał funkcję próbnika za obrazę dla swego rodu i poprzysiągł zemstę. Kiedy przypadkowo spotkał rywala, stoczył z nim pojedynek, który zakończył się jego zwycięstwem. Zajął miejsce pokonanego konkurenta i stał się bardzo łagodny, a jego potomstwo wygrało wszystkie ważniejsze wyścigi owych czasów. Przeszedł on następnie do historii jako GODOLPHIN BARB - czyli berberyjski koń Lorda Godolphina.

WIEK I WAGI


Klacze pełnej krwi nie wstępują w związki małżeńskie przed piętnastym lutego ani po połowie lipca.
Ciąża klaczy trwa jedenaście miesięcy, a raczej jedenaście księżycowych miesięcy, bo konie rodzą się od stycznia do czerwca.
Jockey Club kontroluje daty. Decyzją Jockey Clubu, w gonitwach klasycznych, konie w tym samym wieku biegną pod tą samą wagą, natomiast w gonitwach, w których spotykają się konie młodsze i starsze, te ostatnie niosą większą wagę, jako silniejsze.

Ponieważ nie sposób kalkulować wagę w zależności od dnia urodzin każdego konia, ustanowiono, że rok zaczyna się dla wszystkich koni pierwszego stycznia, niczym dla rocznika rekrutów.
Oczywiście podczas kariery wyścigowej, w wieku dwóch lat i na początku trzeciego roku życia, konie urodzone w styczniu górują nad końmi urodzonymi w czerwcu, jako lepiej rozwinięte. Różnice te przestają być istotne w miarę jak konie zbliżają się do wieku dojrzałości.
Jeśliby, pechowo dla swego hodowcy, źrebak urodziłby się 31 grudnia, to już pierwszego stycznia miałby on rok, a więc byłby bardzo poszkodowany w stosunku do swych urzędowych „rówieśników”.
We Francji widziałem konia, który nosił imię TOOSOON (za wcześnie), a który urodził się o szóstej po południu 31 grudnia, czyli właśnie za wcześnie.
Podobno stajenny pewnego angielskiego księcia przybył do Londynu rankiem pierwszego stycznia i zawiadomił swego pana, że jedna z klaczy urodziła źrebaka o szóstej wieczorem 31 grudnia.
- Możemy jednak oświadczyć, że urodził się dzisiaj, ponieważ tylko dwie osoby znają prawdę: Wasza Wysokość i Ja.
- Jest zatem o jedną osobę, która zna prawdę, za dużo. - odpowiedział Jego Wysokość.
Tak więc także i ten koń został urzędowo uznany za roczniaka, choć w rzeczywistości liczył sobie zaledwie jeden dzień życia.

PIERWSZA KRZYWDA


Mniej więcej w wieku sześciu miesięcy źrebię zostaje odsadzone od matki. Trzeba ich umieścić daleko od siebie, aby nie mogli słyszeć rozdzierającego, przywołującego rżenia. Jest się świadkiem prawdziwej tragedii!
Konie cierpią fizycznie i duchowo niczym człowiek, ale nie umieją płakać. Łzy w ich oczach pojawiają się jedynie wskutek zaziębienia, zatarcia czy też tkwiącego tam obcego ciała, a nie z powodu fizycznego czy duchowego cierpienia.
W przeciągu kilku dni konie uspokajają się, zapominają, a po upływie miesiąca, jeśli spotkają się przypadkiem na drodze - już się nie poznają.

PRZEDSZKOLE


Lepiej trzymać klaczki same a nie razem z ogierkami, ponieważ te ostatnie szybciej dojrzewają i nabierają „złych nawyków”. Każda płeć ma swoje oddzielne terytorium - miejsce, gdzie się je i gdzie się bawi. W naszym klimacie źrebięta spędzają noc pod dachem. Uczą się nosić kantarki, a jeśli okazują się uparte, prowadzi się je w ręku, tak jak niańka prowadzi małe dziecko.
Przed końcem jesieni wszystkie źrebięta są już odsadzone od matek. Przedszkole jest wtedy w komplecie. Powietrze jest rześkie i słońce jeszcze przygrzewa. Spadają pierwsze zeschłe liście, lecz trawa nadal jest szmaragdowa. Źrebaki łączą się w grupki i cieszą się życiem. Jeden podniósł głowę. Już się najadł i teraz pragnie się bawić. Gryzie więc lekko stojącego obok towarzysza i rzuca się do ucieczki. Wszyscy przestają jeść i zaczyna się gonitwa. Biegają w koło po paddocku, wyciągnięte niczym konie w wyścigu. Już doszły konia pędzącego na przedzie. Jeden mija go pełnym pędem. Potem drugi. Nagle zatrzymują się i powracają do jedzenia. Dobra zabawa zawsze trwa krótko.

BEZLITOSNY KALENDARZ


Listopad przynosi mgły. Grudzień i styczeń przynoszą mróz i śnieg. Ludzie okrywają się kupionymi u krawca paltami. Źrebiętom rośnie sierść, za darmo sprawiają sobie wspaniałe futra. Wyglądają w nich jak niedźwiadki.
Pierwszego stycznia wszystkie kończą rok, jakikolwiek był prawdziwy dzień ich urodzin. Ludzie przy kominku obchodzą uroczyście Boże Narodzenie i Nowy Rok. Także i konie mają swoje święto. Siedemnastego stycznia, w dzień świętego Antoniego Opata, proboszcz przychodzi ze wsi pobłogosławić stajnie i zostawia w prezencie kilka obrazków, które przedstawiają starego pustelnika w towarzystwie prosiątka.
Zwykle Święty przychyla się do modlitw i wszyscy mieszkańcy stajni spędzają zimę spokojnie. Tylko kilka niegroźnych ataków kaszlu, które przechodzą bez śladu w trzy dni, z pomocą pędzlowania jodyną i po dodaniu kilku kropli tego specyfiku do wody do picia.
Jednak czasami Wszechmocny Ojciec, z wiadomych tylko sobie powodów, nie przychyla się do próśb świętego i pozwala, aby pojawiła się charakterystyczna epidemia, której ofiarami są źrebięta. Aedenitis Equina, zwana potocznie „zołzami”. Biedne maluchy gorączkują, mają opuchnięte ślinianki, cieknie im z nosa i oddychają z dużym wysiłkiem. Stoją ze zwieszoną głową, aż chce się płakać nad nimi.
Mimo izolacji chorych i intensywnych zabiegów dezynfekcyjnych, które jednak nie mogą być skuteczne, ponieważ w warunkach stajennych bardzo trudno je przeprowadzać, choroba rozszerza się coraz bardziej i ogarnia niemal wszystkie źrebaki za wyjątkiem kilku wyjątkowo odpornych sztuk.
Niektórzy doświadczeni głoszą wszem i wobec, że choroba ta wcale nie jest taka straszna, bo, jak się wyrażają, „oczyszcza krew” i konie następnie szybko odzyskują siły i rozwijają się jeszcze intensywniej niż przed chorobą.
Ja jednak wolę, aby choroba ta omijała moją stadninę.
Terapia zmienia się w zależności od epoki. Obecnie w modzie są sulfonamidy. Moje doświadczenie jednak uczy, że najlepszymi lekami są: czystość, świeże powietrze i nieprzeładowany żołądek. Nie należy przeszkadzać dojrzewaniu wrzodów, a nacinać je dopiero wtedy, kiedy zaczynają pękać. Gorączką nie należy się przejmować. Przejdzie ona sama, gdy wypłynie cała ropa. Gdy będziemy postępować w ten sposób, choroba minie szybko, czy to z pomocą leków, czy też bez ich pomocy.

ROSNĄĆ I ROZMNAŻAĆ SIĘ


Roczniaki rosną.
Zaczynają przychodzić na świat nowe źrebięta. Normalna kolej rzeczy w świecie żyjących.
Słońce i Ziemia dokonują w przestrzeni skomplikowanych akrobacji, ale nigdy nie zdarza się im pomylić. W ten sposób oznaczają czas, który powtarza się - podobny lecz nie jednakowy.
Po zimie zawsze przychodzi wiosna. Życie toczy się o wiele szybciej. Roczniaki zrzucają ciężkie matowe okrycia zimowe i lśnią w słońcu, niczym ubrane w błyszczące jedwabne szaty. Rosną coraz szybciej. Zmienia się też ich charakter. Ich zabawy stają się coraz bardziej brutalne. Przede wszystkim ogierki zaczynają ze sobą walczyć. Próbują powalić rywali na ziemię i chwytają ich zębami za szyję. Przybywa im skaleczeń i nie brak innych urazów.
Arnika i jodyna.

Nadchodzi pokutnicze lato. Meszki, muchy, komary, gzy. Ogony pracują bez ustanku. Biedaki czochrają się o drzewa i galopują, aby uwolnić się od tortury. Pokrywają się potem. Koń i człowiek są jedynymi owłosionymi stworzeniami, które pocą się na całym ciele.
Nadchodzi piękny i ciepły wrzesień.
Jednak źrebięta są już zbyt duże, aby mogły pozostawać w przedszkolu. Nadszedł czas, aby wysłać je do szkoły z internatem.

STAJNIA WYŚCIGOWA


To internat na użytek koni pełnej krwi. Trener, dżokej i koniuszy to nauczyciele. Przybywają roczniaki. Są to ignoranci. Zaczyna się kurs przyśpieszonej nauki. Przede wszystkim trener musi nauczyć się odróżniać od siebie swych uczniów i nauczyć się na pamięć ich imion.
Potem zaczynają się pierwsze lekcje, czyli „zajażdżka”.
„Zajeździć” - oznacza zmusić do posłuszeństwa.
Ze strony człowieka oznacza to przebiegłość, okrucieństwo i pieszczoty. Ze strony konia inteligencję i rezygnację.
Nauczyciel wprawnie wkłada do pyska konia narzędzie tortur zwane wędzidłem. Następnie przywiązuje mu do uzdy długą lonżę i za pomocą bata zmusza go do galopowania w kółko, co koń wykonuje aby uniknąć bólu.
Źrebak najpierw się buntuje lecz szybko dochodzi do wniosku, że człowiek jest silniejszy i wtedy się poddaje, staje się posłuszny i stara się zrozumieć czego się od niego żąda.
Podczas codziennej 20-minutowej lekcji i nie znając języka, w którym się ta lekcja odbywa, w ciągu miesiąca źrebak uczy się nosić człowieka na grzbiecie i odpowiednio interpretować jego gesty i słowa. Żadne dziecko nie byłoby w stanie nauczyć się tego tak szybko mogąc tylko interpretować system kar i nagród. Każdy z tych niewolników jest przedmiotem starań i troski ogromnej ilości osób.
Trener, dżokej, chłopiec stajenny, weterynarz, pracownicy toru, dziennikarze - wszyscy oni ciągną korzyści z pracy tego niewolnika.

Właściciel jest jedyną osoba, która za to płaci a czasem traci na tym nawet gdy wygrywa, podczas gdy reszta zarabia nawet gdy przegrywa.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego