Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

skandal na torze


Kazimierz Molenda
SKANDAL NA TORZE

Mówi się, że żyjemy w nerwowych czasach, że postęp cywilizacyjny wymusza na nas pośpiech i budzi agresję. Panuje również przekonanie o zdziczeniu obyczajów, o rządach wszechobecnej i kierującej wszelkimi przejawami życia społecznego mamony.
Ludzie harują po kilkanaście godzin na dobę, by zniwelować skutki wciąż rosnących cen lub kombinują i kradną, narażając na szwank największe ludzkie dobro - wolność.
Są też tacy, którzy ulegając nieodpartemu urokowi gotówki pragną zrealizować swoje sny o dostatku w inny sposób. Do tej grupy niewątpliwie zaliczają się bywalcy Toru Wyścigów Konnych.
To dość hermetyczna grupa marzycieli. Nie ma w nich przesadnej pazerności czy zawiści. Opierając się na zdobywanej z mozołem latami, kosztem własnej kieszeni, wiedzy starają się podnieść standard swojego, często bardzo skromnego, życia.
Łączy ich jedno: przemożna, trudna do okiełznania, ale jakże uskrzydlająca chęć zdobycia dużej wygranej.
I można byłoby zaryzykować twierdzenie, że w sumie nikomu nie powinno to przeszkadzać, a nawet wywołać uśmiech ciepłego wsparcia u reszty społeczeństwa, która na tor nie zagląda.
Praktyka jest znacznie bardziej skomplikowana, a rzeczywistość aż skrzeczy na torze wyścigowym. Wydawałoby się, że tak organizator jak i ludzie zatrudnieni przy realizowaniu gonitw winni sympatię i lojalność widzom na trybunach, ponieważ niejako są oni ich chlebodawcami, dzięki nim mają pracę, mogą utrzymać swoje rodziny, a nawet niejednokrotnie osiągają znaczące zyski. Nic bardziej mylnego! Jest dokładnie odwrotnie.
W latach 50. ubiegłego stulecia żył, chociaż krótko, student-sierota. Pewnie wiodłoby mu się mizernie, jak większości wychowankom sierocińców, gdyby nie starsze, zamożne małżeństwo z Warszawy, które postanowiło mu pomóc. Pomagali mu przez kilka lat, utrzymując i finansując naukę, kupując drogie i praktyczne prezenty, a nawet znajdując mu kandydatkę na żonę. Byłaby to podnosząca na duchu i wzruszająca historia, gdyby nie jej nieszablonowe zakończenie: ubogi student zamordował swoich dobroczyńców, bo chciał mieć więcej. W czasie rozprawy sądowej nie przyznawał się do tego motywu, a na pytanie sądu dlaczego, miast być wdzięczny posunął się do zbrodni, odpowiedział: "Bo ja krępuję się okazywać swoje uczucia".
Podejrzewam, że w relacjach między publicznością, a całą resztą uczestników toru ma miejsce bardzo podobne zjawisko: z jednej strony organizator serdecznie zaprasza na imprezy, wyrywa sobie włosy z głowy z powodu mizernej frekwencji, z drugiej - by przybywający nie wpadli w samouwielbienie, rzuca im pod nogi kłody, nierzadko w sposób wystawiający cierpliwość zwabionych podstępnie przyszłych milionerów na poważną próbę.
Oto kilka sposobów organizatora na zniechęcenie ludzi do pozostawiania w kasach gotówki:

1) Opieszałość. Kolejny sezon bez remontu i otwarcia Trybuny Środkowej (tzw. "świniarni"). Organizator zorganizował reklamę na początku sezonu, ale nie zadbał o wygodę zaproszonych gości. W dniu otwarcia, 15 kwietnia, sektory A i B pękały w szwach, bo tor odwiedziło według szacunków prezesa Dudzińskiego ok. 5 tysięcy osób. Prezes ocenił jednak, że umieścił poprzeczkę za nisko. W materiale filmowym TVP Sport po Nagrodzie Rulera, prezes znowu zaprasza Warszawiaków na tor, tym razem na Derby i szacuje, że na trybunach zjawi się 10 tysięcy osób. Niech się zaduszą amatorzy łatwych zysków, dobrze im tak!
2)
Utajnianie. To już ukłon organizatora w kierunku stałych graczy: do ostatniej chwili nie wiadomo było, który koń z jakiej wystartuje pozycji, mimo że to ważne przy typowaniu. Gracze wściekali się, ale jak już pisałem - naród to łagodny i spolegliwy, więc nie podnieśli zbytniej wrzawy. Organizator był widocznie bardzo rozczarowany efektami swojej akcji, więc odstąpił od niej, zachowując jedynie …
3)
Opóźnianie. Dotychczas listy koni zgłoszonych do gonitw ogłaszano w każdy wtorek, teraz dokument ten ujawniany jest w czwartki. Niby nic, ale zawsze widać, kto tu rządzi.
4)
Mylenie. Organizator przejawił również inicjatywę na polu wydawniczym. Kibiców przyzwyczajonych do dobrego programu gonitw autorstwa zmdom postanowił wprowadzić w XXI. wiek przy pomocy własnego pomysłu wyrobu edytorskiego tak przemyślnie złożonego, by lektura myliła czytelników i sprawiała im trudność. W tej materii przejawił naprawdę dużą pomysłowość: oprócz błędów merytorycznych udało mu się przemycić w swoim programie egzotyczny aspekt pisma arabskiego: czytanie od prawego do lewego marginesu. Jest to wkład totalizatora w równoważenie czynności obu półkul kibiców. Mózgowych, oczywiście.
5)
Utrudnianie. To jest ulubiona zabawa organizatora policzona na zniechęcenie do gry. Plan gonitw układa się tak, by zminimalizować szanse wygrania kwinty, wprowadzając wyścigi kłusaków i debiutantów. Zakłady pozostają w kasie, a gracze czekają na kumulację cały następny tydzień.

Miłość do kibica i wdzięczność za pozostawiany w kasach wdowi grosz wielu seniorów nie jest domeną jedynie organizatora. Do tych szlachetnych uczuć przyłącza się PKWK, przede wszystkim poprzez działalność swojego niezależnego organu - Komisję Techniczną. Przeciętny kibic sądzi, że Komisja Stewardów powołana została do tego, by czuwać nad prawidłowym przebiegiem rywalizacji. Aby sobie rzeczony kibic za dużo nie wyobrażał, sędziowie robią wszystko, by wyprowadzić niepoprawnego idealistę z błędu. Ci szacowni dżentelmeni przechodzą do porządku dziennego nad niespodziewanymi zwyżkami i zniżkami formy koni. Nie reagują nawet w tak skrajnych przypadkach, gdy klacz w jednej gonitwie przybiega 20 długości za zwycięzcą, a w swoim następnym występie zdobywa laur zwycięstwa.
Brak kontroli antydopingowej i niespodziewana aktywność tam, gdzie nie ma to uzasadnienia to instrumenty głęboko przemyślanego systemu terapii adresowanej do kibica, człowieka słabego i rozchwianego, któremu niespodziewany sukces mógłby bardziej zaszkodzić, niż pomóc.
Taką samą wrażliwość przejawiają żokeje, których ulubioną metodą terapeutyczną powoli staje się "zsunięcie się siodła". Niektórzy z nich są ludźmi koleżeńskimi i nie potrafią odmówić znajomym bukmacherom, gdy któryś z nich poprosi o przegraną. Jednocześnie są doskonałymi fachowcami i nieraz trudno im realizować takie zobowiązania. Honorowy żokej, gdy stawi się na mecie niechcący jako pierwszy zawsze może zostać zdyskwalifikowany z powodu niedowagi.

Ale nie zawsze było tak fajnie.
(Teraz będzie kawałek historyczny, który uzasadnia tytuł tego felietonu.)
W przedwojennej Polsce, gdy wyścigi odbywały się jeszcze na Mokotowie, na południe od dzisiejszego gmachu GUS, skandale wybuchały w każdym sezonie. Tak jak obecnie psuło to wizerunek całego konnego sportu.
8 lipca 1936 roku był pogodną niedzielą, wymarzoną na wizytę u "skaczków". Tego dnia miało się odbyć osiem gonitw. W siódmej, dla koni trzyletnich i starszych, biegła faworytka - Lady Daisy, na którą publiczność stawiała bez opamiętania. Drugim pewniakiem był Roberto, ogier ze stadniny w Lesznie. W puli zgromadziła się spora suma, więc i atmosfera na trybunach panowała nerwowa.
Pierwszy zgrzyt nastąpił przy starcie. Gonitwa została źle puszczona, czego efektem była stumetrowa strata dwóch koni. Jednym z nich był właśnie Roberto. Na trybunach, nawet w sektorze droższym, przeznaczonym dla lepszego towarzystwa, rozległy się gwizdy i okrzyki niezadowolenia. Kilkanaście sekund później Kaliban, ogier ze stadniny Grabowskiego potrąca Lady Daisy, która wyłamuje kanat i nie kończy biegu.
Na torze zawrzało, podniosły się głosy, że obydwa przypadki zostały ukartowane. Ludzie, którym pewna wygrana przeszła koło nosa dostali białej gorączki i głośno nawoływali do unieważnienia gonitwy. To nie przyniosło żadnej reakcji ze strony organizatora, więc rozpoczęła się ruchawka. Początkowo kulturalnie ograniczono się do wygwizdania starterów, później było już ostrzej: podpalono kanat, splądrowano kasy totalizatora, próbowano wzniecić pożar pod drewnianymi trybunami. Obsługa toru mężnie dała odpór pożodze, co doprowadziło do regularnej bitwy. Co ciekawe, do gawiedzi tłumnie przyłączali się dżentelmeni z trybuny głównej. W ciągu krótkiego czasu tor wyścigów konnych stał się areną przejawu niezadowolenia kilku tysięcy kibiców.
Kiedy uporano się już z pracownikami hipodromu nastąpił kolejny akt obywatelskiego niezadowolenia: z okrzykami "Nie dajmy zarabiać złodziejom!" postanowiono uniemożliwić start następnej gonitwy. Dziesiątki ludzi położyło się na turfie, tworząc przeszkodę nie do pokonania. Trudności z opanowaniem sytuacji miał nawet policyjny pluton rezerwy pieszej, pogotowie X Komisariatu i oddział konny.
Zakończeniem dnia wyścigowego było aresztowanie dziewięciu osób. Ostatnia gonitwa nie odbyła się.
Sprawa znalazła następnego dnia swój epilog w Sądzie Grodzkim. Sędzia musiał być także kibicem, gdyż sprawców potraktował nader łagodnie - każdy z nich otrzymał karę 20 zł grzywny.
Dokładne sprawozdanie z tych historycznych wydarzeń znaleźć można w Warszawskim Dzienniku Narodowym z 10 lipca 1936 roku.

Proszę Państwa. Przedstawiłem Państwu pejzaż współczesnego środowiska związanego z wyścigami, środowiska harmonijnie współżyjącego i stanowiącego społeczność bez różnic i podziałów. Organizator i PKWK kochają kibiców i dobrze im życzą, kibice natomiast cicho siedzą i grzeją się w promieniach tego gorącego uczucia.
Między nimi krążą po torze bukmacherzy, ustawiają gonitwy i robią sobie jaja tak z jednych jak i z drugich, ogołacając ich z zysków i wygranych.
I wszyscy są zadowoleni.

Pierwszy zgrzyt nastąpił przy starcie. Gonitwa została źle puszczona, czego efektem była stumetrowa strata dwóch koni. Jednym z nich był właśnie Roberto. Na trybunach, nawet w sektorze droższym, przeznaczonym dla lepszego towarzystwa, rozległy się gwizdy i okrzyki niezadowolenia. Kilkanaście sekund później Kaliban, ogier ze stadniny Grabowskiego potrąca Lady Daisy, która wyłamuje kanat i nie kończy biegu.
Na torze zawrzało, podniosły się głosy, że obydwa przypadki zostały ukartowane. Ludzie, którym pewna wygrana przeszła koło nosa dostali białej gorączki i głośno nawoływali do unieważnienia gonitwy. To nie przyniosło żadnej reakcji ze strony organizatora, więc rozpoczęła się ruchawka. Początkowo kulturalnie ograniczono się do wygwizdania starterów, później było już ostrzej: podpalono kanat, splądrowano kasy totalizatora, próbowano wzniecić pożar pod drewnianymi trybunami. Obsługa toru mężnie dała odpór pożodze, co doprowadziło do regularnej bitwy. Co ciekawe, do gawiedzi tłumnie przyłączali się dżentelmeni z trybuny głównej. W ciągu krótkiego czasu tor wyścigów konnych stał się areną przejawu niezadowolenia kilku tysięcy kibiców.
Kiedy uporano się już z pracownikami hipodromu nastąpił kolejny akt obywatelskiego niezadowolenia: z okrzykami "Nie dajmy zarabiać złodziejom!" postanowiono uniemożliwić start następnej gonitwy. Dziesiątki ludzi położyło się na turfie, tworząc przeszkodę nie do pokonania. Trudności z opanowaniem sytuacji miał nawet policyjny pluton rezerwy pieszej, pogotowie X Komisariatu i oddział konny.
Zakończeniem dnia wyścigowego było aresztowanie dziewięciu osób. Ostatnia gonitwa nie odbyła się.
Sprawa znalazła następnego dnia swój epilog w Sądzie Grodzkim. Sędzia musiał być także kibicem, gdyż sprawców potraktował nader łagodnie - każdy z nich otrzymał karę 20 zł grzywny.
Dokładne sprawozdanie z tych historycznych wydarzeń znaleźć można w Warszawskim Dzienniku Narodowym z 10 lipca 1936 roku.

Proszę Państwa. Przedstawiłem Państwu pejzaż współczesnego środowiska związanego z wyścigami, środowiska harmonijnie współżyjącego i stanowiącego społeczność bez różnic i podziałów. Organizator i PKWK kochają kibiców i dobrze im życzą, kibice natomiast cicho siedzą i grzeją się w promieniach tego gorącego uczucia.
Między nimi krążą po torze bukmacherzy, ustawiają gonitwy i robią sobie jaja tak z jednych jak i z drugich, ogołacając ich z zysków i wygranych.

I wszyscy są zadowoleni.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego