Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Sluzewiecka sciezka zdrowia


Kazimierz Molenda
Służewiecka ścieżka zdrowia

Doprawdy nie wiem, czy wybrany przeze mnie tytuł tego felietonu do końca jest adekwatny do okoliczności, tym niemniej po obejrzeniu Memoriału Jerzego Eliasa tak jakoś sam mi się nasunął. Dla słabiej zorientowanych: ścieżka zdrowia była to zabawa milicji, której funkcjonariusze ustawiali sie w dwuszeregu i zmuszali zatrzymanych do przebiegnięcia przez szpaler. Dla zdrowia tłukli pałami tak, że nie każdy o własnych siłach dobiegał do mety.

Po wspomnianej gonitwie wszystkie konie co prawda upuściły tor o własnych siłach, ale skutki ich zmagań na płotach były żałosne.
Spośród pięciu startujących koni cztery ukończyło gonitwę, co nie znaczy wcale, że wyszły z tej przygody bez szwanku. Noridon opuścił tor mocno kulejąc i z moich informacji wynika, iż z powodu wielkiego obrzęku nogi nie można jeszcze zdiagnozować skutków kontuzji. Karmona po zgubieniu podkowy straciła część kopyta, być może z fragmentem tkanki miękkiej, co zapowiada długotrwałe leczenie. Kalmar również zakulał, a nie należy zapominać, że miał juz problemy ze ścięgnami. Skutki gonitwy odczuła również jej zwyciężczyni - Dżumena. W czasie dekoracji wyraźnie widziałem, że lekko utyka.

Powtarza się historia poprzednich gonitw - fatalny stan toru. Tym razem wydawał sie być jeszcze bardziej twardy niż poprzednio. Organizator, pomimo wielu głosów w tej sprawie nie robi nic w kierunku podniesienia bezpieczeństwa gonitw płotowych. Znane już wezwanie do podlewania toru kubełkiem przez fanów koni jest prawdopodobnie jedynym sposobem jaki wymyślił, by poprawić istniejący stan rzeczy. Mgliste zapwenienia o planach zmiany systemu nawadniania wywołują w środowisku już tylko śmiech.
Wydaje mi się, że mamy tu do czynienia nie tyle z indolencją osób, które siłą oderwane od maszyny losującej zetknąły się z wyścigami po raz pierwszy, co z brakiem dobrej woli. Osoba nawet najmniej zorientowana i zagubiona w temacie szukałaby gotowych, sprawdzonych rozwiązań, by je czym prędzej zaanektować do własnych potrzeb. Nie trzeba nawet daleko szukać. Wystarczy w drodze na zasłużony odpoczynek nad Bałtykiem, wpaść na tor w Sopocie i obejrzeć sobie przenośne płoty, które można ustawiać i przestawiać do woli w zależności od warunków toru. Jeżeli w grę wchodzi urlop wyższego notabla z Totalizatora - proszę bardzo! W drodze na Lazurowe Wybrzeże też znajdzie się kilka hipodromów, na których od dziesięcioleci stosuje się tę jakże prostą metodę.
Proponowane rozwiązanie nikogo nie sfatyguje i nie wpędzi w koszty, a umożliwiłoby organizowanie gonitw chociażby na torze płaskim, którego stan przeważnie jest znacznie lepszy. Wystarczy trochę desek, farby i mioteł. Do realizacji potrzebne są jednak jeszcze dwie rzeczy: dobre chęci i zdolność do podejmowania decyzji. Chęci, jak widać, brakuje, a decyzyjność przejawia się na zupełnie innym polu. Ostatnio dowiedziałem się w punkcie, w którym zaopatruję się w program wyścigów konnych, że "zielony", którego od początku sezonu nie mogłem tam kupić, dostarczany był przez cały czas, ale kolporter konkurencyjnego wydawnictwa nalegał, by nie wykładać go ("zielonego") na ladę. Przykład ten pokazuje dość wyraźnie, które sfery życia wyścigowego tak naprawdę interesują organizatora.

Skoro już do tego doszliśmy wniosek nasuwa się prosty: panie i panowie, brać się za kubełki i ostro podlewać!
Bardzo lubię pana Stasza i - mimo jego młodego wieku - sznuję. Porada, której udzielił nagabującym go w sprawie stanu toru wiedźmom może nie była specjalnie racjonalna, ale przynajmniej przyniosła doraźny efekt - baby się od niego odczepiły. Pewnie później było gorzej, gdy okazało się, że natrętki miały jednak rację przypieczętowaną śmiercią dwóch koni.

Zastanowić się należy, KTO chwycić ma w dłonie kabłąki i podlewać turf: dżokeje, trenerzy, właściciele koni, wiedźmy z naszej redakcji, czy pan Bąkowski wespół ze swoim rzecznikiem? KTO jest tak naprawdę zainteresowany tym, by zawodnicy przestali być traktowani jak produkt jednorazowego użytku?
Konie starujące w wyścigach, tak samo jak ludzie-sportowcy, wystawione są na dziesiątki czynników, które odebrać im moga zdrowie, a nawet życie. Taki to już jest ten sport. Prawidłowo funkcjonującą zasadą winno być eliminowanie ryzyka, lub przynajmniej redukowanie go do rozsądnego minimum. Przewaga człowieka nad zwierzęciem jest zasadnicza: sportowiec ma wolną wolę, posiada zdolność racjonalnej oceny sytuacji i w uzasadnionych przypadkach może się wycofać. Koń nie ma nic do gadania, kto inny za niego decyduje.

Osobą, na której barkach spoczywa największa odpowiedzialność jest trener. Jego naczelnym zadaniem jest doprowadzić powierzonego mu konia do zwycięstwa, a później do kolejnych. I to jest bardzo ważne: kariera folbluta nie powinna kończyć się na jednym, czy dwóch startach. Winna trwać co najmniej dwa lata. Czy zastanawiał się ktoś nad tym, jaki odsetek koni z dobrymi wynikami startuje nieprzerwanie w dwóch lub trzech sezonach?
Nie zawsze bezsensowne menażowanie jest winą trenera, to fakt. W grę wchodzi tu również bezduszna bezmyśloność czy pazerność właściciela konia, który wywiera nacisk, a nawet stosuje szantaż. Moim zdaniem nie zdejmuje to odpowiedzialności z trenera, który w przypadkach ewidentnie bezsensownych, a nawet groźnych, powienien sprzeciwić się woli właściciela. Po kontuzji, czy stracie konia nie wystarczy przecież powiedzieć: "A nie mówiłem?". Znając realia w 90 przypadkach na 100 właściciel zapomni po kilku dniach o swojej decyzji i zacznie twierdzić, że trener zarżnął mu konia.
Apeluję w związku z tym do trenerów: nie bójcie się utraty klienta. Działajcie zgodnie z waszą wiedzą i doświadczeniem. Może przez jakis czas ucierpi na tym wasza kasa, ale zdobędziecie coś, co z czasem i tak zwiększy przychody: SZACUNEK. Spośród pięciu koni startujących w Memoriale Jerzego Eliasa żaden nie wyszedł z gonitwy bez szwanku! Czy wezmą udział w zaplanowanych biegach? Czy dojdą do siebie? Tego nie wiemy.

Wiemy natomiast, że startować będzie bez problemu Jutrzenka. Jako jedyna wycofana została przez trenera i właściciela z powodu nieprzygotowania toru. Miała duże szanse na wygraną, mimo to nie stanęła na starcie. Jeżeli moje uprzednie wypowiedzi były niezrozumiałe dla niektórych, ten przykład powinien ich oświecić i uzmysłowić, jak buduje się SZACUNEK.


Na tym tle wysyłanie na gonitwy koni niepełnosprawnych, posiłkowanie sie środkami znieczulającymi (że nie wspomnę o radykalniejszych specyfikach), godzenie się na kontuzjogenny stan toru, fatalnie wpływają na wizerunek trenera i właściciela konia. Szczególnie wówczas, gdy są to ludzie z pokaźnym dorobkiem i doświadczeniem. Dopuszczenie do gonitwy konia tylko dlatego, że nie będą uczestniczyć w niej najgroźniejsi rywale, to przejaw zwykłego chciejstwa. Okupionego zresztą niepowodzeniem.

W tym wszystkim w dziwnym świetle jawi się rola Komisji Technicznej. Ciało powołane do dbania o prawidłowy przebieg gonitw, niezależne od organizatora, w założeniu prawnie niezawisłe, nie przejawia aktywności w kierunku utrzymania standardów. Dobrze, że przynajmniej prawidłowo zareagowała w przypadku dżokeja Peprny, który - ryzykując zdrowie konia - złamał dobrze znaną, zawartą w regulaminie zasadę, zakazującą kontunuowania gonitwy przez konia upadłego na przeszkodzie.

Zakończę swój umoralniający wywód wezwaniem: trenerzy - szanujcie się, urzednicy - zacznijcie myśleć, a wszyscy razem - chwytajcie za kubełki i lejcie na tor!


Powrót do treści | Wróć do menu głównego