Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Tesio - Inteligencja konia




Federico Tesio
INTELIGENCJA KONIA
tłum. Małgorzata Caprari

Podczas jakiegoś oficjalnego obiadu przedstawiono mnie pewnemu młodemu politykowi, jednemu z tych, którzy wyrastają jak grzyby po deszczu i robią karierę w pięć minut. Spojrzał na mnie dobrotliwie i zapytał: "Czy to prawda, że pan utrzymuje, że konie są inteligentne... nawet bardziej niż psy? Ja uważam je za zwierzęta głupie. Podczas przejażdżek zdarza mi się, że koń boi się nawet kartki papieru." Odparłem: "Jeśli to zapisana kartka, to koń może mieć rację. Do tego czasu zawsze zdawało mi się, że koń boi się, ponieważ jest krótkowidzem, lecz nigdy nie przyszło mi do głowy, aby porównywać poziom inteligencji konia z poziomem inteligencji psa. Problem, który pan poruszył wydaje mi się interesujący, zajmę się nim i być może za kilka lat będę mógł udzielić panu wyczerpującej odpowiedzi."
Oto minęło osiem lat i proszę, jest odpowiedź. Niestety nie jest ona wyczerpująca, a i tamtego polityka już nie ma.
Już po pierwszych obserwacjach i doświadczeniach zdałem sobie sprawę, że samo porównywanie poziomu inteligencji psa i konia jest po prostu absurdem. Przede wszystkim dlatego, że my, ludzie, kiedy mówimy o inteligencji, zwykliśmy przyrównywać wszystko do siebie. Poza tym w walce o prymat intelektualny koń i pies nie dysponują tymi samymi środkami. Pies, będąc mniejszy od człowieka i w dodatku obdarzony miękkimi elastycznymi łapami, może przybywać w mieszkaniu, skakać przez krzesla, spać w fotelu i opierać się łapami o plecy swego pana, nie wyrządzając przy tym żadnej szkody. Natomiast koń, już gdyby tylko zechciał wejść po schodach i zamieszkać w mieszkaniu, spowodowałby niemal trzęsienie ziemi. Z tego powodu jego kontakt z człowiekiem nie może być tak bliski i mniej ma też okazji do nauki. Tak więc wydaje mi się rzeczą niezmiernie trudną przeprowadzenie porównania poziomu inteligencji tych dwóch zwierząt i dlatego ograniczę się do zbadania inteligencji konia w stosunku do inteligencji człowieka. A oto moje spostrzeżenia:

Pierwsze spostrzeżenie:

Swędzenie już odczuciem bardzo przykrym. Jedyną ulgę można uzyskać drapiąc się. Jeśli nie możemy zrobić tego własnoręcznie, nie pozostaje jak zwrócić się o pomoc do przyjaciela. Popatrzmy, co w takiej sytuacji robią konie. Kilka koni pasie się razem na łące. Czują swędzenie, drapią się przy pomocy zębów i kopyt, a jeśli nie mogą dosięgnąć swędzącego miejsca, ocierają się o pień drzewa. Są jednak pewne części ciała, których nie można osiągnąć ani zębami, ani kopytem, ani czochrając się o drzewo. Co w takiej sytuacji robi koń? Podchodzi do towarzysza i prosi go: Proszę cię... podrap mnie... Gdzie? - pyta przyjaciel. Tutaj...- odpowiada zainteresowany w swoim mimicznym języku, dotykając i drapiąc zębami towarzysza w tym właśnie miejscu, gdzie sam pragnie być podrapany. Przyjaciel natychmiast odwzajemnia drapanie.
Wydaje mi się, że tego spostrzeżenia dokonał po raz pierwszy Darwin. Ja zaś w ciągu pięćdziesięciu lat miałem okazję wielokrotnie obserwować taką sytuację. Może to zresztą zobaczyć każdy, zwiedzając dowolną stadninę. Ten mimiczny sposób wyrażania myśli dowodzi jasno, że koń jest zdolny do logicznego myślenia. Czyńcie innym to, co chcecie, aby inni wam czynili. Mimika, jako sposób porozumiewania się, jest szeroko używana wśród pszczół i mrówek.

Drugie spostrzeżenie:

Jest lato. W powietrzu pełno jest much, gzów i komarów. Konie, aby uchronić się przed inwazją owadów, stoją zbite w gromadkę, jeden obok drugiego, tak, żeby jak najbardziej zmniejszyć powierzchnię wystawioną na żer insektom. Jeśli na pastwisku znajdują się tylko dwa konie, stają one blisko obok siebie w ten sposób, aby jeden mógł wachlować ogonem głowę drugiego. Zimą, kiedy nie ma tylu owadów, konie pasą się oddzielnie i nie próbują łączyć się w grupę. To wszystko dowodzi, że konie obserwują, rozumują i dedukują, co należy zrobić, aby uchronić się przed inwazją owadów.

Trzecie spostrzeżenie:

Niektóre stajnie znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie toru wyścigowego. Konie z daleka słyszą dźwięk dzwonka, który oznajmia dżokejom, że już czas dosiadać koni i potrafią świetnie odróżnić ten dźwięk od głosu dzwonka dochodzącego z pobliskiej portierni. Dźwięk dzwonka z portierni konie traktują jako rzecz bez znaczenia, podczas gdy dzwonek z padoku wprawia je w takie podniecenie, że nierzadko tracą nawet apetyt. To również dowodzi, że konie spostrzegają i rozumują.

Czwarte spostrzeżenie:

Zauważyłem, że podczas bombardowania Mediolanu konie wyścigowe zamknięte w boksach, nigdy się zbytnio nie denerwowały, chociaż bomby wybuchały nieopodal i to z wielkim hałasem. Jeśli zostały ranne, to zwykle już było za późno na wysnuwanie jakichkolwiek wniosków, natomiast jeśli nic im się nie stało, nie było przyczyny, aby się niepokoić. Wielki hałas i żadnej osobistej szkody - dochodziły zatem do wniosku, że tym rumorem nie trzeba się w ogóle przejmować. Wskazuje nam to, że można się spodziewać logicznego rozumowania także ze strony zwierzęcia zamkniętego w swoim pomieszczeniu na klucz , które może oceniać fakty jedynie w oparciu o swoje zmysły.
W lutym roku 1945 rejon nad jeziorem Lago Maggiore, gdzie znajduje się stadnina w Dormello był niejednokrotnie bombardowany. Ostrzeliwano most w Sesto Calende, prochownię w Taino i fabrykę samolotów. Szyby w oknach mojej willi zostały rozbite w drobny mak. Konie nie wydawały się jednak zbytnio zaniepokojone za wyjątkiem jednego razu, kiedy to bombowce przelatywały bardzo nisko, niemalże wprost nad ich głowami. Ludzie byli oszołomieni świstem i wybuchami. Klacze galopowały wzdłuż ogrodzenia, chcąc uciec przed niebezpieczeństwem. Jednak natychmiast, kiedy tylko hałas ucichł, konie uspokoiły się i jak gdyby nigdy nic powróciły na pastwisko. Bombardowanie nie wpłynęło w żaden sposób na przebieg ich ciąży, nie powodując nawet poronień, czego się można było obawiać.

To wszystko wskazuje, że konie umieją sprawnie wyciągąć wnioski z tego, co przekazują im zmysły. Zważywszy, że konie obdarzone są krótkim wzrokiem, i że umiejscowienie oczu nie pozwala im patrzeć w górę, klacze mogły widzieć jedynie przerażające cienie bombowców i słyszeć przeraźliwy ryk wybuchów. Tak więc galopując wzdłuż ogrodzenia usiłowały znaleźć zeń wyjście i uciec ze strefy uznanej przez nie za niebezpieczną, jako miejsce nieznanego i dziwnego zjawiska. Jak tylko wszysto się uspokoiło, także i konie powróciły na pastwisko. Ich rozumowanie było niewątpliwie o wiele bardziej logiczne, niż zachowanie pewnych kobiet, które zaczynają się naprawdę bać dopiero wtedy, kiedy niebezpieczeństwo już minęło. Dlaczego niektóre psy, a szczególnie tak odważne i zazwyczaj śmiałe wilczury, tak bardzo boją się burzy, że o zdenerwowanie przyprawia je nawet daleki odgłos grzmotu czy echo wystrzału i natychmiast usiłują się ukryć, podczas gdy konie na pastwisku nieomalże lekceważą bombardowanie, a w czasie oberwania chmury doprowadzają nierzadko do desperacji człowieka, który chciałby zabrać je do stajni?
Wytłumaczenia tego zjawiska należy szukać zapewne w tym, że dzikie psy, podobnie jak i wilki były zwierzętami leśnymi. W dawnych czasach burze musiały naprawdę wzbudzać trwogę: trzask padających drzew był odgłosem zwiastującym dzieciom puszczy śmierć, jeśli tylko wcześniej nie udało im się ukryć w podziemnych norach. Natomiast ojczyzną koni były pozbawione drzew bezkresne stepy, gdzie konie mogły bez przeszkody paść się i galopować, a burze ani też grzmoty nie zwiastowały żadnego niebezpieczeństwa. Wszystko ograniczało się jedynie do wyciągnięcia się na ziemi, gdy wiatr stawał się silny i do przyjęcia na grzbiet silnego prysznica, co dla koni nie było bynajmniej przykre.
Zarówno psy jak i konie pojawiły się na Ziemi przed człowiekiem, który kiedy tylko zdał sobie sprawę z ich obecności, najpierw na nie polował, a następnie ujarzmił, udomowił i skrzyżował z innymi rasami. Jednak mimo wszystkich przemian zwierzęta obu tych gatunków mają głęboko zakorzenione pewne cechy atawistyczne, które służą głównie ochronie pojedynczego osobnika i zachowaniu gatunku. I to właśnie jest przyczyną odmiennych reakcji na różne zjawiska meteorologiczne i im podobne.

Piąte spostrzeżenie:

Sysak ma gorączkę. Przychodzi weterynarz. Bada go i stwierdza ropień. Nakłada biały fartuch i dokonuje zabiegu bez znieczulenia. Od tego momentu, kiedy źrebak zobaczy z daleka biały fartuch, ucieka i usiłuje ukryć się za matką. Trzeba używać wielu skomplikowanych sposobów, aby go złapać i trzeba go trzymać siłą podczas następnych zabiegów. Źrebak daje się do siebie zbliżyć wszystkim, za wyjątkiem osób ubranych w biały fartuch, ponieważ rozumuje w ten sposób: - Kiedy dotyka mnie "biały człowiek"- czuję ból. Jeśli ucieknę, nie uda mu się mnie dotknąć. A więc uciekam, żeby nie czuć bólu. Trzyletnie dziecko nie jest w stanie rozumować bardziej logicznie niż trzymiesięczne źrebię.

Szóste spostrzeżenie:

Udomowiony koń jest zmuszony do posłuszeństwa człowiekowi. We wczesnej młodości przebywałem przez pewien czas w pampasach i tam nauczyłem się od gauczów ujarzmiać stepowe konie. Praca była dla mnie czymś w rodzaju pasjonującego sportu. A oto technika przedsięwzięcia: najpierw na szyję konia zarzuca się lasso, to jest sznur z zaciągającą się pętlą i zaciskając pętlę zmusza się czworonoga do zatrzymania się. Tak unieruchomionemu zwierzęciu wkłada się pomiędzy zęby żelazny pręt zakończony długimi czankami, który to pręt sprawia silny ból delikatnym dziąsłom konia. Następnie człowiek wsiada w siodło i zdejmuje się lasso. Koń bierze głęboki oddech i natychmiast usiłuje pozbyć się tyrana, który nieznośnie uciska jego nerki. Spuszcza więc głowę między nogi, wierzga i wspina się. Czasem przy wtórze śmiechu człowiek ląduje na ziemi, lecz koń znów zostaje wzięty na lasso i ponownie czuje w siodle ciężar jeźdźca. Walka trwa dotąd, aż wyczerpany koń nie zaprzestanie oporu. Człowiek wygrał. Koń został ujarzmiony.
Możemy sobie wyobrazić tok rozumowania konia. Zrobiłem wszystko, co było możliwe, aby uwolnić się od człowieka, ale mi się to nie udało. Jeśli będę nieposłuszny - czekają mnie straszne tortury. Z dwojga złego wybiorę więc mniejsze zło - będę posłuszny woli człowieka. Podobnie rozumuje wielu ludzi - słuchają nie z przekonania, lecz po prostu wyłącznie aby nie być zmuszonym iść do więzienia. I faktycznie, kiedy tylko zdadzą sobie oni sprawę, że państwo nie jest w stanie zabezpieczyć życia i własności obywateli, natychmiast zaczynają kraść i mordować. I to właśnie jest próbka inteligencji... przestępczej.

Siódme spostrzeżenie:

Wolny osąd konia. Teoretycznie na każdym rozdrożu koń ma możliwość wyboru drogi. Jeśli nikt mu w tym nie przeszkodzi, wybierze on drogę, która mu się bardziej podoba. Natomiast kiedy jeździec narzuca mu swój wybór, koń albo jest posłuszny, albo się buntuje. Przeważnie bywa posłuszny. Są jednak konie, które w podobnej sytuacji usiłują forsować swoje zdanie. Zazwyczaj ludzie o nich mówią, że są one uparte. Człowiek, który spostrzega i myśli, nazywa je filozofami. Kto bywa na wyścigach, napewno nie raz widywał takie konie - są to te, które przychodzą na start, lecz potem absolutnie nie chcą ruszyć z miejsca. Są to zazwyczaj konie pięcio i sześcioletnie, a więc wierzchowce z długim już stażem wyścigowym. Konie te zdążyły zauważyć, że za każdym razem kiedy biorą udział w gonitwie, zmuszane są do ogromnego wysiłku i nierzadko brutalnie bite, i to właśnie wtedy, kiedy są już najbardziej zmęczone. Zauważyły też, że jeśli odmawiają wystartowania, to również są bite, jednak udaje im się uniknąć wysiłku fizycznego, jaki wiąże się z udziałem w gonitwie.

I tak konie te pozostawione niejako na rozdrożu, wybierają zgodnie ze swym wolnym osądem drogę, która prowadzi do tylko jednego przykrego doświadczenia (bicie), a nie zaś do dwóch (bicie + wysiłek). Z tego powodu wolą pozostać na starcie. Trener mówi do właściciela: Ta bestia staje się coraz bardziej przebiegła. Lepiej przestać go zapisywać, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto. Natomiast Kolegium Stewardów za karę eliminuje buntownika z gonitw na miesiąc lub dwa. W ten sposób koń osiąga swój cel, wygrywając z człowiekiem w tym swego rodzaju pojedynku intelektualnym.

Ósme spostrzeżenie:
W pewnych sytuacjach końska inteligencja zadawała mi się nawet przewyższać ludzką. Wśród wielu doświadczeń w moim życiu, usiłowałem kiedyś ujeździć konia według tak zwanych "zasad wyższej szkoły". Jest to rodzaj sztucznych ruchów i chodów, będących w modzie dobre sześćdziesiąt lat temu, i ściągających do tak zwanych "cyrków konnych" rzesze widzów. Widowiska te były popularne głównie za granicą. Gdybym miał określić te sztuczne chody za pomocą przenośni, powiedziałbym, że najbardziej odpowiadają one krokowi wojska podczas parady. Do tego eksperymentu zakupiłem młodego konia i najlepszy podręcznik "wyższej szkoły" jaki był dostępny w owym czasie na międzynarodowym rynku. Koniem był młody siwek półkrwi imieniem Albens, natomiast elegancko wydaną książką był " Traite` d'equitation de haute ecole" E. Barroil'a, wydany w Paryżu, w roku 1889. Przeczytałem ją, przestudiowałem i zacząłem wprowadzać w życie. Powiem od razu, że po miesiącu zamknąłem książkę i sprzedałem konia. Byłem zdolny ujeżdżać młode konie sposobem gauczów, narażając się na złamanie karku, uczestniczyłem w gonitwach przeszkodowych i nie raz przytrafiły mi się niebezpieczne wypadki, ale to stanowiło dla mnie rozrywkę. Natomiast doprowadzało mnie do mdłości, kiedy nie ponosząc żadnego ryzyka musialem znosić pytające spojrzenie konia, który starał się zrozumieć cel tych tortur i wykonać jak najlepiej moje polecenia.

Spostrzeżenie dziewiąte:
Wiele lat temu sprzedalem Ministerstwu Rolnictwa wyhodowanego i trenowanego przeze mnie konia pełnej krwi imieniem Brunelleschi, syna Pictona i Bonny Bay. Został on zakupiony dla stada ogierów w Pizie, jako reproduktor do półkrwi. Po upływie okresu gwarancyjnego, Ministerstwo wypłaciło mi uzgodnioną kwotę. Była jesień, a w tym okresie ogiery są zwykle bezrobotne. Jak tylko nadeszla wiosna, Brunelleschiemu przedstawiono 45 małżonek, a wszystkie piękne i rasowe. Brunelleschi, jak tylko zobaczył pierwszą z nich (kasztanowata piękność, jeszcze panna, o sierści połyskliwej i świeżo wyszczotkowanej), wydał się bardzo zdumiony, oglądnął ją nieśmiało i podejrzliwie, zdawał się chwilę nad czymś namyślać, i wreszcie odwrócił głowę i stracił wszelkie zainteresowanie dla klaczy. Próbowano zatem kusić go potężną matroną o bogatym doświadczeniu. Wszystko na próżno. Przyszedł weterynarz ze środkami podniecającymi i afrodyzjakami. Bez rezultatu. Tylko oziębłość. W końcu pułkownik zarządzający stadem wystąpił do władz z propozycją wykastrowania Brunelleschiego i odesłania go do któregoś z regimentów kawalerii jako zwykłego konia służbowego.

W międzyczasie wiadomość o karygodnym postępowaniu mojego wychowanka dotarła także i do mnie. Mimo iż nie można tu było mówić o jakiejkolwiek odpowiedzialnośći z mojej strony, było mi przykro ze wzgędu na honor wszystkich wyhodowanych przeze mnie koni. I tak szybko, aby zdążyć przed wyrządzeniem nieodwracalnej szkody, pojechalem do Pizy. Znalazłem Brunelleschiego w doskonałej formie, a jego bystre spojrzenie nie zdradzało jakichkolwiek oznak oziębłości. I oto w tej chwili zabłysła mi w głowie pewna myśl i powiedziałem: Przyprowadźcie tu jakąś brzydką, ordynarną klacz, rozczochraną i brudną, przede wszystkim brudną. Wymażcie ją jeszcze dodatkowo błotem, i podstawcie pod nos Brunelleschiemu, a potem zostawcie ich samych. Tak jak powiedzialem, tak zrobiono. Brunelleschi zmarszczył nos, podejrzliwie rozejrzał się dookoła, i tak szybko zabrał się do wypełniania swoich obowiązków względem klaczy, jak chłopiec, który pragnie jak najszybciej wsadzić palec do słoika z konfiturami, zanim rodzice się zorientują. Wszystko przebiegło dokładnie tak, jak się spodziewałem. Mój wychowanek w początkach pracy treningowej był nierzadko karany, gdyż zbyt pożądliwie spoglądał na klacze. Kary szybko przekonały go jednak, że lepiej zrezygnować z okazywania zainteresowania płcią odmienną. Po włączniu do stada od razu otoczono go takką ilością "owoców zakazanych", że zaczął bardzo uważać, aby nie narazić się na kolejną karę. Jednak gdy tylko zobaczył jeden z tych "zakazanych owoców", wyjątkowo brudny i zapuszczony, zaczął rozumować w ten sposób: To musi być stwór inny niż tamte i tak brzydki, że nie może obchodzić mojego tyrana, człowieka, a więc mogę chyba zaryzykować i skorzystać z okazji.
Mój eksperyment udał się, następnie Brunelleschi spróbował powtórzyć sztukę z jeszcze jedną klaczą i potem wszystko poszło już jak z płatka. Okrzyczano mnie czarodziejem. W rzeczywistości spróbowałem tylko, zakładając, że koń jest inteligentnym stworzeniem, zrozumieć skomplikowany sposób jego rozumowania.

Dziesiąte spostrzeżenie:

A oto jeszcze jedna anegdota dowodząca inteligencji konia. Pewne konie pełnej krwi, najczęściej ogiery, mają brzydki nawyk łapania zębami. Gest ten wcale nie dowodzi złośliwości zwierzęcia, jest to jedynie swego rodzaju tick nerwowy, który nasila się z wiekiem lub podczas intensywnego treningu. Kiedy takie konie nie znajdują nic, co by mogły schwycić zębami, ranią sobie same pierś i łopatki.
Bellini, włoski derbista z roku 1940, był dotknięty tą właśnie przypadłością. Zawiozłem go do Berlina, gdzie miał wystartować w gonitwie o 100 000 marek.
Rankiem w dniu wyścigu, na torze Hoppengarten, kiedy dżokej wsiadał w siodło, aby udać się w mojej obecności na ostatni trening, Bellini zwrócił głowę chcąc złapać go za stopę i zrobił to tak nieszczęśliwie, że strzemię zaklinowało mu się pomiędzy zębami. Zdesperowany obrócił się dookoła siebie, poczym uderzył o pień drzewa i upadł, łamiąc sobie żebro. W tej sytuacji, oczywiście nie mógł już wziąć udziału w wyścigu.

Szczęśliwie jednak się złożyło, że wyścig wygrał biegnący również w moich barwach Niccolo dell'Arca. Bellini jednak musiał pozostać na czas kuracji w Niemczech i powrócił do Wloch dopiero po upływie miesiąca.
Bellini miał zwyczaj bawić się ze mną oraz ze stajennym, który go czyścił, natomiast wszystkich innych gryzł. Jak to wytłumaczyć? Zauważyłem, że pysk konia, a szczególnie jego górna warga, obdarzone są wyjątkową wrażliwością, niemal dorównującą wrażliwości trąby słonia, i chyba przewyższającą wrażliwość ludzkich palców. Spróbowałem więc palcami połaskotać lekko górną wargę konia, który po kilku próbach gryzienia, zainteresował się nową zabawą. Ja zaś cierpliwie powtarzałem słowa: "Daj mi język. Daj mi język. Daj mi język." Próbowałem delikatnie wyciągnąć język palcami, kiedy Bellini nieśmiało rozchylał szczęki, podejmując zabawę. Bellini prawdopodobnie odbierał to jako przyjemność, której doznaje człowiek podczas pocałunku, to jest stan zadowolenia, u którego podstaw leży miejscowe przekrwienie śluzówki. W każdym razie, gdy tylko Bellini usłyszał zdanie "daj mi język", wysuwał język do przodu i nawet nie próbował gryźć. Kto więc okazał się bardziej inteligentny - ja, wymyślając zabawę, czy on, odgadując o co w tej zabawie chodzi?
Wydaje mi się, że pierwszeństwo należałoby przypisać Belliniemu, ponieważ ja na jego miejscu potrzebowałbym więcej czasu, aby zrozumieć znaczenie gestów i słów w języku, którego nie znam.

Nota bene.
Odciski palców ludzi i odciski końskiego pyska


Kiedyś przyszło mi do głowy, że pysk konia może posiadać pewne cechy charakterystyczne odmienne dla każdego osobnika podobnie jak odciski palców u ludzi. Kiedy jednak chcialem podbrać odciski pyska, natrafiłem na szereg trudności - przydałaby się tu pomoc specjalisty. Jednak oglądając pod lupą otrzymane odciski, doszedłem do wniosku, że warto kontynuować doswiadczenie, w celu otrzymania autorytatywnej odpowiedzi.
U niektórych zwierząt podobnie jak i u człowieka, w pewnych partiach skóry można zaobserwować sieć bruzd i wzniesień, których rozmieszczenie jest mniej więcej podobne, ale ich układ jest cechą indywidualną każdego zwierzęcia. Fakt ten mógłby znacznie ułatwić identyfikację zwierząt. Okolice te są rejonami wyjątkowej wrażliwości na dotyk, a jeśli nie są pokryte sierścią, pobranie odcisków nie jest rzeczą trudną. Profesorowie Kormann, Forchner, Magliano i inni, wyodrębnili okolice warg i nozdrzy, których odciski mogą być brane pod uwagę, przy ustalaniu tożsamości zwierzęcia.

Bracia doktor Piero i adwokat Giovanni Ghisleni, opublikowali w roku 1925 niezmiernie interesujący traktat z dziedziny sądowej medycyny weterynaryjnej, w ktorym opublikowali wiele interesujących zdjęć odcisków nosów krów, kóz i świń. Twierdzą oni jednak, że od konia, ze względu na budowę pyska nie można pobierać odcisków. Przyznaję, że także i ja sam, próbując pobrać odciski linii papilarnych pyska konia, nie miałem wyjątkowo udanych rezulaltów, choć nie można powiedzieć, że były one zdecydowanie negatywne. Jestem przekonany, że dobry fotograf, dysponujący odpowiednim sprzętem, mógłby uzyskać charakterystyczne odciski linii papilarnych konia, szczególnie z okolicy warg. Pozostaje też stwierdzonym faktem, że w punktach wzmożonej wrażliwości dotykowej ssaków, istnieją linie papilarne odmienne dla każdego osobika, ktorych odciski można łatwiej lub trudniej pobrać. Możemy też założyć, że wrażliwość na dotyk pyska konia, przewyższa prawdopodobnie wrażliwość ludzkich palców. Aby się o tym przekonać, wystarczy poobserwować przez chwilę pasącego się konia - jak sprawnie wybiera pyskiem odpowiadającą mu trawę i zioła, pozostawiając to, co uważa za mniej smaczne.
Także i w nocy, dzięki owej wrażliwości pyska, koń jest w stanie w w całkowitej ciemności, wyjeść z porcji obroku cały owies i pozostawić ziarna wyki. Nowonarodzone źrebię ma nadzwyczaj długie włosy czuciowe, które pomagają mu w poznawaniu otaczającego go świata i ostrzegają przed ewentualnym urazem.

Jedenaste spostrzeżenie:

Konie z Elberfeld. Na początku naszego stulecia, w miejscowości Elberfeld, przedstawiono publiczności trzy rozumne konie, które potrafiły wykonywac działania arytmetyczne. Dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie, a nawet wyciąganie pierwiastków. Wzbudziło to oczywiście ogromne zainteresowanie wśród uczonych z całego swiata, ktorzy tłumnie przybywali do Elberfeld. Nawet Instytut Pasteura z Paryża wysłał tam swojego przedstawiciela, profesora Beredkę.
Poważna praca Krolla pod tytułem "Zwierzęta, które myślą" (Lipsk 1912) opodaje nam dokładny opis tego fenomenu. Eksperymentów dokonywano w następujący sposób:
Stajnia została zamieniona w salę szkolną z tablicą i kredą. Na ziemi przed tablicą leżała drewniana deseczka. Stajenny wprowadzał konia do sali trzymając go za wodze i podprowadzał do tablicy. Każdy z obecnych mógł być egzaminatorem i zadawać pytania z zakresu arytmetyki. Ponieważ zaś konie nie potrafią mówić ani pisać, treser musiał wymyślić inny sposób odpowiadania na pytania. Koń najpierw uczył się rozróżniać napisane na tablicy cyfry. Następnie, aby odpowiedzieć na pytanie, stukał kopytem w deseczkę tyle razy, ile wskazywała napisana cyfra. Aby oznaczyć dziesiątki stukał prawą nogą, natomiast na oznaczenie jednostek używał nogi lewej. W celu przedstawienia liczb zbudowanych z większej liczby cyfr, stosował po każdej liczbie krótką pauzę, niczym w telegrafie Marconiego. Kiedy koń stanął już przed tablicą, tłumaczono widzom jaki jest mechanizm udzielania odpowiedzi i eksperyment się zaczynał.

Na przykład. Egzaminator pisał na tablicy 5 + 2 i koń natychmiast uderzał lewym kopytem 7 razy. To jest 5 + 2 = 7 Jeżeli natomiast na tablicy było napisane 5 - 2 koń uderzał lewym kopytem 3 razy 5 - 2 = 3. Od tych naprostszych zadań przechodzono stopniowo do coraz bardziej skomplikowanych - mnożenia, dzielenia, liczb składających się z coraz większej ilości cyfr.
Wynik podawany był natychmiast i rzadko bywał błędny. I tak na przykład w odpowiedzi na zadanie 333 x 3 : 3 rozumny koń uwystukiwał natychmiast 333. Wciąż zwiększając stopień trudności zadawanych pytań, dochodziło się wreszcie do wyciągania pierwiastków kwadratowych. Wszyscy byli zdumieni, a naukowcy jeszcze bardziej niż laicy. Każdy sugerował inne wytłumaczenie zjawiska. Ja, podobnie jak i wielu innych rozumowałem w ten sposób: przede wszystkim należy się pogodzić z faktem, że wszystkie konie dzisiaj posługują się arytmetyką na własny użytek. Konie dokładnie wiedzą o której godzinie dostają stale obrok - mają zatem poczucie czasu. Konie zdają się trafnie oceniać długość jednej drogi w stosunku do drugiej, mają zatem poczucie odległości. Jeden z moich przyjaciół opowiadał mi kiedyś, że jego koń, dochodząc do rozdroża dwóch dróg, które obie wiodły do domu, kiedy pozostawiano mu wolny wybór, niezwłocznie skręcał w lewo, mimo iż jeźdźcowi wydawało się, że właśnie lewa droga jest nieco dłuższa. Po zmierzeniu długości obu dróg okazało się, że koń miał rację, ponieważ wlaśnie lewa droga okazała się na dystansie 1 kilometra krótsza o 30 metrów.
Koń z pewnością nie posługuje się takimi jednostkami jak metr czy minuta, które przecież są jedynie konwencjonalnymi jednostkami, lecz określa wszystko na podstawie miernika bazy, bardziej dogodnego dla jego sposobu rozumowania i w jakiś sposób związanego ze zmyslem równowagi i koordynowanego przez centrum równowagi znajdujące się w uchu wewnętrzym. To wszystko dowodzi, że koń jest w stanie operować pojęciami arytmetycznymi.
Lecz wszystko to nie wyjaśnia nam, w jaki soposób koń nauczył się posługiwać systemem dziesiętnym. Jest możliwe, że człowiek nauczył konia rozróżniać napisane na tablicy cyfry i interpretować je za pomocą uderzeń kopyta. O wiele trudniej jest już nauczyć konia dodawać, odejmować, mnożyć i dzielić, lecz nie przekracza to jeszcze granic prawdopodobieństwa. Lecz wydaje się już niemożliwe, aby człowiek nauczył konia tak skomplikowanej operacji myślowej, jaką jest wyciąganie pierwiastka danej liczby. Aby dojść chociażby do twierdzenia Pitagorasa, trzeba było wielu wieków i ogromnego wkładu najwybitniejszych umysłów różnych narodów.
Ludzkość początkowo poznawała arytmetykę licząc na palcach, a dopiero po wielu wiekach wspierania się słowem, tradycją a wreszcie pismem udało się jej rozwiązać problem pierwiastkowania. Koń z pewnością potrafi rachować, to jest dokonywać działań arytmetycznych na swój użytek w kontaktach z otaczającym go swiatem. Koń rozróżnia, kiedy się go zaprzęga w pojedynkę, w dwójkę czy też w czwórkę i jest to pierwsza lekcja arytmetyki. Jednak każdy koń musi zaczynać swoje arytmetyczne doświadczenia od zera i dlaego nie może przekroczyć pewnego limitu wiedzy, nie mówiąc o innych przeszkodach, które również znacznie go ograniczają. Zdolny treser może bardzo łatwo wykorzystać arytmetyczne uzdolnienia konia otrzymując zadawalające wyniki w skromnym zakresie.

Dumny z sukcesu i zachęcony rysującymi się korzyściami materialnymi treser mógł więc uciec się do jakiegoś sprytnego tricku, aby podnieść walory widowiska. Rzeczywiście, dlatego przedtem ani też potem nie pojawiły się inne konie, które potrafiłyby wyciągać pierwiastki? Niektórzy twierdzą, że prawidłowo odpowiedź była sugerowana zwierzętom za pomocą hipnozy lub też telepatii. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, ponieważ konie nie wykonywały wszystkich czynności w sposób automatyczny, typowy dla hipnozy. Być może nigdy nie dowiemy się, jak funkcjonował ów trick, lecz zadowolimy się stwierdzeniem, że w pewnych granicach koń jest obdarzony zdolnościamni arytmetycznymi, a przede wszystkim cechuje go ogromna zdolność kojarzenia, niezbędna do nauczenia się skomplikowanych tricków.

Dwunaste spostrzeżenie:

Rżenie konia. Wszyscy wiedzą, że koń nie potrafi mówić, choć jest zdolny do wydawania dźwięków. Dźwiękami tymi są jęk i rżenie. Tylko silne cierpienie sprawia, że koń jęczy, podczas gdy ból nierzadko konie manifestują wymownie spojrzeniem i za pomocą dreszczy. Jedynym dźwiękiem, za pomocą którego koń może wyrazić swoje pragnienia jest rżenie.
Przez wiele lat starałem się wyjaśnić jaka jest funkcja rżenia u koni pełnej krwi. Przede wszystkim zauważyłem, że konie pełnej krwi rżą stosunkowo niewiele. Czasami zdarzało mi się nie usłyszeć ani razu w ciągu całego dnia końskiego rżenia, choć cały czas przebywałem w towarzystwie około dwustu koni. A przecież wystarczy tylko zobaczyć z daleka osła, aby być pewnym, że zaraz się usłyszy jego głos, nie wspominając o całonocnym nieraz miauczeniu kotów. Zauważyłem także, że końskie rżenie nigdy nie zmienia wyrazu, zmienia się jedynie jego intensywność. Jeśli klacz zauważy, że jej źrebię zaczyna się oddalać, przywołuje je do siebie cichym rżeniem, odpowiednim do niewielkiej odległości, jaka ich dzieli, natomiast w czasie odsadzania źrebięcia od matki, obydwoje rżą głośno i gwałtownie, aby usłyszeć się z jak największej odległości.
Koń rży, gdy słyszy dźwięki związane z przygotowywaniem posiłku i kiedy natychmiast nie otrzymuje swojej porcji, gdyż wydaje mu się, że o nim zapomniano. Podczas wystaw i pokazów wszystkie konie wyrwane przecież ze swego naturalnego środowiska, rżą jak najgłośniej starając się przywołać towarzyszy. Przekonałem się, że w tym wypadku rżenie oznacza: "Jestem tutaj". Jest to niczym sygnał S.O.S. wysyłany w momencie katastrofy. Nasuwa się więc pytanie: Jak ma się końskie rżenie do głosu człowieka? Jest bowiem rzeczą pewną, że rżenie zabrzmiało na Ziemi wcześniej niż głos czlowieka. Kiedy po raz pierwszy dał się słyszec na naszej planecie krzyk człowieka, musiał to być gardłowy, jednosylabowy okrzyk o tym samym znaczeniu, co rżenie: jestem tutaj! Dowodzi to już świadomości własnego "ja" a także istnienia innych istot.

Od tego czasu koń rży w dalszym ciągu, podczas gdy człowiek wynalazł słowo, potem następne, i tak biblijna opowieść o wieży Babel do dziś nie straciła aktualności. Filologowie czacują liczbę obecnie używaneych języków na około 900, nie licząc dialektów, które sprawiają, że ludzie porozumiewający się zasadniczo tą samą mową, nie mogą porozumieć się nawzajem.
Można ze względną dokładnością odtworzyć historię roślin i zwierząt, ponieważ skamienieliny ilustrują kolejne fazy ich rozwoju. Natomiast nie można dokładnie odtworzyć historii ludzkiej mowy, ponieważ nie można odtworzyć sytuacji i czasów poprzedzających wynalezienie pisma. Zwróćmy jednak uwagę, że ludzie, aby porozumiewać się ze sobą niekoniecznie muszą używać dźwięcznej mowy - mogą oni też używać migowego języka głuchoniemych.
Konie nie są niemie, mają do dyspozycji świetnie rozwinięte zmysły słuchu, powonienia i dotyku, za pomocą których mogą również przekazywać i odbierać wrażenia. Koń wypełniając polecenia człowieka interpretuje wszystkie znaki i słowa, którymi człowiek się do niego zwraca, bez względu na to w w jaki sposób i w jakim jęzku są one wypowiadane, podczas gdy człowiek nie zastanawia się nad znaczeniem środków wyrazu używanych przez konie.
Do powyższych wniosków doprowadziły moje badania nad rżeniem, a fakty, o których wam opowiedziałem nie mogą być tłumaczone jedynie działaniem instynktu. Ich wytłumaczeniem może być jedynie logiczne rozumowanie. Jednak logika konia ogranicza się do tego, jak unikać przykrości i odczuwać przyjemność. Koń uczy się ćwiczeń "wyższej szkoły", uczy się tańczyć, aby uniknąć przykrych uderzeń w nadpęcia i ścięgna i jest zadowolony, jeśli po wykonaniu ćwiczenia otrzyma kostkę cukru. Brunelleschi stał się przebiegły, w celu zadośćuczynienia swemu pragnieniu skosztowania "zakazanego owocu". Upraszczając sprawę- zdolność logicznego rozumowania jest ograniczona do realizacji celu, jakim jest uratowanie jednostki i podtrzymanie gatunku. W tych granicach koń potrafi być bardzo inteligentny, nierzadko bardziej niż człowiek.
Swoją drogą Brunelleschi nigdy nie pomyślał, że wskutek zaspokojenia popędu płciowego zostaje ojcem, a pokryte przez niego klacze nie zdawaly sobie sprawy, że to właśnie Brunelleschi ponosi odpowiedzialność za ich macierzyństwo. Natomiast człowiek, zawierając związek małżeński zdaje sobie sprawę, że będzie miał dzieci, i wie także, co robić, aby tego uniknąć.
I tak właśnie dochodzimy do tego, co stanowi nieprzekraczalną granicę pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Inteligencja każdego zwierzęcia (z człowiekiem włącznie) jest wprost proporcjopnalna do stopnia jego ciekawości. Najbardziej ciekawy źrebak, ten, który jako pierwszy podejdzie aby was obwąchać, jest z całą pewnością najinteligentniejszy z całego stada. Wiem to z własnego doświadczenia. Podobnie, im bardziej inteligentny jest człowiek, tym większa w nim żądza poznania prawdy (a nie tylko jej pozorów).
Ciekawość człowieka jest ukierunkowana w stronę badań, które nigdy nie zainteresują ani konia, ani innych zwierząt. Ciekawość konia natomiast zwraca się głównie ku temu, aby wiedzieć za co zostaje się ukaranym, to znaczy co co się zrobiło źle, natomiast koń nie uważa za istotny problem, co może spowodować odczuwanie bólu i jakie mechanizmy go wywołują.

Wskazałem wam, jak koń żyjący w stadzie znalazł sposób, w jaki można uchronić się w znacznym stopniu przed ukąszeniami gzów i much, ale możecie być pewni, że nie przyjdzie mu do głowy zastanawiać się dlaczego wskutek ugryzienia gza skóra jest podrażniona i puchnie.
Stwierdziłem, że koń pełnej krwi zamknięty w pojedynczym boksie nie podnieca się podczas bombardowania, ponieważ w chwili, gdy słyszy łoskot, niebezpieczeństwo minęło już nie wyrządzając mu krzywdy, lub też jest już martwy i nic go nie może obchodzić. Natomiast te same wierzchowce wpadają w stan silnego podniecenia słysząc dzwonek oznajmujący dżokejom, że czas wsiadać na konie, ponieważ umieją logicznie wywnioskować jakie są konsekwencje tego sygnału. Nigdy jednak żaden koń nie zastanowił się, dlaczego dzwonek z dyżurki i dzwonek z toru wyścigowego mają odmienne brzmienie.
Koń, kiedy tylko odczuwa swędzenie drapie się, ponieważ wie, że drapanie może przynieść mu ulgę, lecz nigdy nie będzie go interesować, co powoduje występowanie tej przykrej dolegliwości. I właśnie owo ograniczenie ciekawości stanowi istotną różnicę pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem.

***

Człowiek może zaspokajać swoją ciekawość w niewielkim zakresie dostępnym także i dla innych zwierząt, natomiast zwierzęta nigdy nie zrozumieją istoty niektórych prowadzonych przez człowieka badań, ponieważ nie są one ludźmi. Każdy rozwija swoją działalność na innym polu. W zakresie dostępnym zarówno dla człowieka jak i dla zwierząt, nierzadko zdarza się, że zwierzę okazuję się bardziej inteligentne niż człowiek.




Powrót do treści | Wróć do menu głównego