Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Tesio. Ludzie turfu



Federico Tesio

LUDZIE TURFU

tłum. Małgorzata Caprari

Część 1

WŁAŚCICIELE


Istnieją trzy rodzaje właścicieli:
1. ci, którzy hodują konie,
2. ci, którzy kupują roczniaki,
3. ci, którzy się zaopatrują w sprzedażnych wyścigach.

Każdy z tych rodzajów dzieli się na trzy gatunki:
1. tych, którzy kochają konie,
2. tych, którzy kochają hazard,
3. snobów.

Wszyscy uczestniczą w selekcji koni pełnej krwi. Statystyka wykazuje, że najwięcej szans na sukces mają ci, którzy sami hodują konie, na drugim miejscu są nabywcy roczniaków, a dopiero na ostatnim są hodowcy, którzy zaopatrują się na rynku gonitw sprzedażnych. Ale także i ci mają szanse na znalezienie skarbu. W historii wyścigów znane są takie historie.
Jedna z najcenniejszych klaczy francuskich była jako roczniaczka zakupiona przez p. Cartera za 800 franków.
Klacz otrzymała imię Plaisenterie. W 1885 r wygrała ona Cesarewitch i Cambridgeshire i sumę 241.550 franków. Została sprzedana jako klacz hodowlana za 60.000 franków. A w tamtych czasach w użyciu były złote napoleony.
Trener Gilpin kupił Comrade za 25 gwinei, ale żeby podzielić się ryzykiem odstąpił połowę udziału swemu przyjacielowi, markizowi De Saint Alary.

Koń wygrał Grand Prix de Paris i Prix de l'Arc de Triomphe w tym samym roku.
Mr. De Bremond kupił Elfa w sprzedażnym wyścigu i wygrał na nim Prix Gladiateur.
Także i ja miałem mój łut szczęścia, kiedy za 100 funtów kupiłem Catnip, od której pochodzą Nera di Bicci, Nogara i Nearco.
Ale najdziwniejszy fakt przytrafił się pewnemu Belgowi, który wybrał się do Anglii, by zakupić konia wyścigowego.
Po ubiciu interesu sprzedawca wskazując klacz, która wyglądała niczym szkielet, powiedział:
- Niechże pan weźmie i ją. Ja ją panu sprzedam prawie za darmo, byleby pan ją stąd zabrał, to jest za pensa, który przynosi szczęście.

I tak Belg dał pensa, czyli grosz i zabrał klacz.
Klacz ta wygrała wiele wyścigów i była matką Glanda, zwycięzcy w Grand Prix de Bruxelles. To chyba był naprawdę najlepszy interes w historii wyścigów.
Jednak nie radziłbym nikomu, aby szukać szczęścia tylko w ten sposób.
Właściciel, który pragnie wygrać musi obserwować, rozumować, przewidywać i zapobiegać. Każdy właściciel ma zawsze rywali i czasami nawet ma wrogów. Najgorszymi wrogami właściciela-snoba są jego właśni przyjaciele.
On sam nic nie rozumie, tak więc przyjaciele uważają za swój obowiązek udzielanie mu zbawiennych rad.
Jeśli przegra, to jeden z przyjaciół oskarża ogiera, drugi klacze, trzeci trenera, który prowadzi zbyt ostry trening, czwarty dżokeja, który jest za mało energiczny lub nie wykonuje dyspozycji, albo jest po prostu złodziejem. Właściciel-snob jest natomiast bardzo kompetentny w sprawach giełdy i mniej lub bardziej czarnego rynku, ale na koniach zna się bardzo niewiele, dlatego też podlega wpływom przyjaciół, z których każdy ma inne zdanie, i to nie rzadko jest to zdanie neurastenika i alkoholika.
Wszyscy rządzą stajnią snoba, który aby się uratować powinien skorzystać ze starego motto: "O Panie, obroń mnie od przyjaciół, bo od wrogów obronię się sam."


TRENERZY


Dzielą się na:
1. prywatnych,
2. publicznych.

Z reguły gonitwy klasyczne wygrywane są przez konie trenerów prywatnych, którzy dysponują materiałem bardziej jednorodnym i lepiej selekcjonowanym.
Trenerzy publiczni mają w treningu niemal każdy rodzaj koni i wykorzystują je w skromniejszych gonitwach.
Pierwsi - mogą być uważani za impresariów Metropolitan Opera czy La Scali, inni za impresariów podmiejskich teatrzyków. Ich wychowankowie to najczęściej staruszkowie pachnący jodyną i o nogach elegancko obandażowanych, którzy aby nie ulec kontuzji bardzo szybko usiłują wymigać się od biegania. Jednak od czasu do czasu , pod małą wagą i w nagłym przypływie młodości, jako pierwsi mijają celownik.
Jednak czasami trenerzy publiczni uczestniczą także w gonitwach klasycznych i biją głównych faworytów ich dumnych kolegów, którzy patrzą na to oszołomieni.

Mechanizm stajenny
Wszystkie stajnie mają ten sam mechanizm. Różnica polega jedynie na różnej jakości ich poszczególnych części składowych, tj. materiału ludzkiego i końskiego. Sposób funkcjonowania jest zawsze ten sam.
Zimą o szóstej, latem o wpół do piątej dzwoni budzik.
Koniuszy wkracza do sypialni chłopców i przekonuje opornych o konieczności wstania zimnym prysznicem.

Chłopcy stajenni zajmują dość szczególne miejsce w ludzkim magazynie osobowości, dlatego warto poświęcić im kilka słów.
Oficjalnie we Włoszech przybrali oni dumne miano "artieri ippici" czyli uczniów jeździeckich lecz potocznie nazywa się ich zwyczajnie - chłopcy stajenni. Wiek tych chłopców waha się od lat 12 do 60 a nawet więcej. Rekrutują się oni z reguły z mężczyzn o słabszym rozwoju fizycznym. Jeśli mają pecha i rosną na atletów natychmiast tracą swą wartość.
Ledwo wybiegli z sypialni już wchodzą do boksów, "nawiązują" konie (każdy z nich ma dwa pod opieką), wyrzucają nawóz, poprawiają słomę i czekają na dalsze rozkazy.
Przychodzi trener. Koniuszy mówi mu jakie są nowości. W dużej stajni jest zawsze jakaś mało przyjemna nowina.
Jeden z koni nie wyjadł i miał atak kaszlu. Trzeba natychmiast zmierzyć mu temperaturę. Inny ma otarcie, bo wierzgał w stronę muru. Trzeba natychmiast to zdezynfekować. Ledwo skończy np. z tymi zabiegami, trener wydaje rozkaz:
- Siodłać i wyjeżdżamy.
Chłopcy śpiesznie siodłają i tranzlują. Wychodzą z boksów i wsiadają na konie.
Wszystkie stajnie posiadają na podwórzu piaskowe kółko. Konie wychodzą na to kółko i stępują jeden za drugim w ściśle ustalonym porządku. Klacze z tyłu, ogiery z przodu, w ten sposób, że nie mogą widzieć towarzyszek, co zapobiega niewczesnym manifestacjom uczucia. Po dziesięciu minutach stępa, kiedy konie i jeźdźcy już się uspokoili, trener rozkazuje:
- Kłus.
To emocjonujący moment. W kłusie widać od razu jeśli coś nie jest w porządku. Koń, kiedy mu coś dolega, stara się oszczędzić bolącą część ciała i dlatego jego ruch nie jest w pełni zrównoważony - wykonuje pewien charakterystyczny gest, tj. opiera na ziemi dłużej zdrową kończynę a oszczędza nogę chorą. My mówimy, że koń kuleje.
Kulawizna jest niczym cios sztyletu w serce trenera. Jest niczym chrypka pierwszego tenora czy primadonny dla impresaria operowego. Koń kulawy musi natychmiast być wycofany z szeregu, trzeba pobieżnie sprawdzić co jest przyczyną niedomagania i trzeba zostawić go w domu.
Są jednak konie, które po wyjściu z boksu charakteryzują się pewną sztywnością ruchów. Mówimy, że są to konie sztywne. Nie ma to wielkiego znaczenia, bowiem po kilku okrążeniach kłusa mięśnie się rozgrzewają i ruch staje się normalny. " Naoliwiły się ".
Po wykonaniu tych wszystkich czynności trener ze swoim plutonem opuszcza podwórko i udaje się na tor roboczy.

Zawód trenera jest teoretycznie jednym z tych, do którego nie jest niezbędny żaden dyplom, podobnie jak teoretycznie i prawnie nie jest potrzebny żaden dyplom, aby zostać Ministrem Oświaty.

Aby osiągnąć sukces w tej specjalności trzeba mieć wielkie doświadczenie, dużo rozsądku i wrodzoną szybkość reagowania. Trener musi, tak jak i jego podwładni, wstawać jeszcze przed wschodem słońca i dawać lekcje od 7.00 do 11.00. Od jedenastej może sobie pozwolić złapać oddech popijając aperitif, później je obiad, a następnie zasypia w fotelu czytając gazety mówiące o polityce.
W dni wyścigowe nie może czytać dzienników politycznych aby ułatwić sobie drzemkę, bo musi lecieć na tor wyścigowy, aby obejrzeć egzamin któregoś ze swoich podopiecznych. Około 17.00 wraca ponownie do stajni i poddaje wszystko gruntownej kontroli. Przede wszystkim nogi. Każde grzejące miejsce i choćby ślad opuchlizny są dla niego niczym cios pałką w głowę i znakiem, że być może jakaś batalia została przegrana.
Stosuje więc konieczne środki, planuje pracę na dzień następny i prawie zawsze spóźnia się na kolację.
Ledwo skończy jeść, musi czytać dzienniki sportowe, aby poznać zapisy, tj. obsady gonitw i wagi ewentualnych konkurentów. Studiuje programy, przygotowuje plany strategiczne i w końcu, wyczerpany, idzie na kilka godzin do łóżka, gdzie śni o swym faworycie opromienionym aureolą Derby.
Cała technika jego zawodu opiera się na kilku stwierdzeniach pozornie empirycznych lecz w rzeczywistości opartych na przesłankach naukowych :
A) Jeszcze przed rozpoczęciem treningu należy zadbać, by koń był w pełni zdrowy, a jego kształty powinny być raczej krągłe dzięki nagromadzeniu tkanki tłuszczowej.
B) Przekształcić wolną długotrwałą pracą tkankę tłuszczową w tkankę mięśniową, pozostawiając jednak jej niewielki zapas. Czas przeznaczony na to zmienia się w zależności od konia.
C) Aby osiągnąć ten cel stosuje się codzienne cantry i 1 dzień wypoczynku w tygodniu.
Słowo "Canter" w języku sportowym oznacza wolny galop. "Canter" był to powolny ruch jakim poruszali się wsparci o kije pielgrzymi, którzy z dalekich stron udawali się do Opactwa Canterbury, aby dopełnić złożonych ślubów.
D) Gdy cel ten będzie osiągnięty, konie powinny zacząć poruszać się równiejszym,
energicznym chodem, aby rozwinąć rytmiczną akcję i uzyskać możliwie najmniejsze zużycie energii.
E) Wreszcie raz czy dwa razy w tygodniu koń powinien galopować w pełni rozciągnięty, aby wyrobić sobie płuca.
W języku stajennym mówi się "przewietrzyć płuca"- złapać oddech.
Każdy z tych poszczególnych okresów trwa różnie w zależności od konia.
Trener musi odkryć jaki to czas.
Każdy koń ma swój dystans, na którym czuje się najlepiej.
Trener musi odkryć jaki to dystans.
Między dwoma ostrymi galopami jest konieczny okres wypoczynku, inny dla każdego konia.
Trener musi odkryć jaki to okres.
Każda maszyna parowa wymaga danej ilości i typu paliwa aby osiągnąć maksymalną wydajność. Tak też i koń potrzebuje odpowiedniej ilości i typu pożywienia aby osiągnąć ten sam cel.
Trener musi odkryć także i to.
Jak każda maszyna ma pewien limit wytrzymałości swej konstrukcji, tak każdy koń ma swój limit wytrzymałości organizmu.
Trener musi odkryć ten limit.

Jednym słowem trener musi nieprzerwanie obserwować, interpretować i natychmiast decydować. Musi on jednak przede wszystkim eksperymentować. I musi w końcu poddać swoją końską maszynę próbie wagi i dystansu. Ta operacja nosi miano: TRIAL.

Pierwszy egzamin

Zwykle w drugiej dekadzie grudnia tory są jeszcze w niezłym stanie i roczniaki znajdują się w mniej więcej jednakowej kondycji. Można więc poddać je pierwszemu sprawdzianowi. Dla trenera jest to zawsze Wielki Dzień, ma bowiem nadzieję, że odkryje jakiś talent. Nowi rekruci próbują swych sił w grupach po 5-6 koni na dystansie 600m. Serce bije mocno.
Ruszyli!
Kto prowadzi? Już są! Przybywają! Mijają celownik!
Jeśli żaden nie wysunął się łatwo na front znaczy to, że są to miernoty albo przynajmniej konie przeciętne, ponieważ konie wybitne nie rodzą się całymi stadami. Po dwóch tygodniach przeprowadza się kolejny sprawdzian próbując razem zwycięzców poszczególnych grup.
Koń, który zwycięży, z reguły okaże się dobrym koniem albo przynajmniej koniem szybko dojrzewającym, który będzie mógł zwyciężyć w jednym z pierwszych wyścigów. Wiosną próbuje się dwulatki na dystansie 1000m i trzylatki na dystansie 1500m, pod wagą odpowiednią do wieku, razem z koniem starszym w niezłej formie.
Jeśli koń starszy zostanie łatwo pokonany, można mieć nadzieję na udział w gonitwach klasycznych.
Trener podczas tych doświadczeń doznaje podobnych emocji co naukowiec, który w laboratorium fizycznym lub chemicznym, czeka na wynik eksperymentu, który ma potwierdzić jego przewidywania. Dżokeje wyrażają swoje opinie i nawet chłopcy stajenni dyskutują zawzięcie, zapominając na moment o różnicach klasy.


Słynne triale

Opowiem o trzech :

I.
We wrześniu 1912 r trener Atty Persse, kupił za 1300 gwinei na aukcji w Doncaster roczniaka The Tetrarch hodowli Mr. Kennedy'ego w Irlandii i niemal natychmiast przekazał go swemu kuzynowi mjr Dermotowi Mac Calmont, który otrzymał w ten sposób od Bogini Fortuny jeden z bardziej wartościowych prezentów w historii wyścigów.
W wieku dwóch lat The Tetrarch wyglądał jak czterolatek. Gdy stał w miejscu, wydawał się ciężki, lecz w ruchu był lekki i wyniosły niczym gazela. Jego maść koloru gorzkiej czekolady wydawała się być spryskana dużymi plamami mleka. Był bardzo podobny do koni na biegunach, których tak lubią dosiadać dzieci.

Z reguły konie tak rozwinięte wymagają bardzo wiele pracy aby dojść do odpowiedniej formy, jednak wszelkie próby przyśpieszenia treningu okazują się fatalne dla ich nóg. Z tego powodu The Tetrarch nie był próbowany w grudniu razem z resztą roczniaków stajni. Dopiero wiosną i następnego roku trener Atty Persse zdecydował się spróbować Tetrarcha razem z niektórymi dwulatkami, gotowymi już do startu i reprezentującymi niezły poziom, przykazując przy tym dosiadającemu go chłopcu, aby zajął miejsce z tyłu grupy i nie próbował nawet ponaglać konia.
Ledwie ruszyli, The Tetrarch wysunął się na prowadzenie ponosząc chłopca, który nie był w stanie go utrzymać, podczas gdy inni nie mogli za nim nadążyć. Fakt był tak niecodzienny, że wymagał potwierdzenia za pomocą prawdziwego trialu, rozegranego z zachowaniem wszystkich wymogów, w końcu miesiąca.
W tym okresie na dystansie 1000 m różnica wagi pomiędzy koniem 7-letnim a koniem dwuletnim wynosi ok. 30kg. Atty Persse spróbował The Tetrarcha pod tą samą wagą co dobry siedmiolatek i z dwoma dwulatkami, które niosły o 10kg mniej. Oto trial:
1000 m:
The Tetrarch, 2 l., 55 kg 1-y, łatwo
General Symmons 7 l., 55 kg 2-i
Dwa dwulatki, po 45 kg 3-i, daleko.
Nigdy nie widziano czegoś podobnego. Trial był trzymany w tajemnicy. Ten latający fenomen wystartował po raz pierwszy w Newmarket, 17 kwietnia, dosiadany przez Stephen'a Donoghue. Ruszył grany 5 do 1, wygrał cantrem i wzbogacił całą stajnię.
Nigdy nie został pokonany. Urwał się. Nie biegał jako trzylatek.

II. Pamiętny trial - St. Simon kontra Harvester.
St. Simon był siódmym źrebięciem swej matki, która z różnymi ogierami dawała zawsze konie słabe lub wręcz nic nie warte. Z Galopinem dała dwie klacze, które w swej karierze nie zdołały wygrać żadnej gonitwy. Wreszcie

z tym samym Galopinem, w roku 1881, a więc w 16. roku życia, dała gniadego ogierka, któremu nadano imię St. Simon.
Po śmierci hodowcy, księcia Batthyany, roczniak został zakupiony na aukcji za 1800 gwinei. przez księcia Portland, który oddał go do treningu trenerowi Matthew Dawsonowi.
St. Simon nie został nigdy pokonany i zawsze wygrywał w ręku. Nie biegał w Derby, ponieważ nie został doń zapisany. Jednak w tym właśnie roku Derby zostało wygrane przez jego towarzysza stajennego, ogiera Harvester, który łeb w łeb z ogierem St. Gatien podzielił się nagrodą i honorami.
Matthew Dawson, aby poznać prawdziwą wartość St. Simona zarządził następujący trial:
-Dystans - 2400 m,
St. Simon, 3 l., 59 kg,
Harvester (zwycięzca w Derby ) , 3 l., 52 kg. Wygrane łatwo.

Po tym wspaniałym sukcesie St. Simon wygrał Gold Cup, bijąc czteroletniego Tristana, który wygrał ten wyścig już rok wcześniej i był uważany za największego specjalistę od dłuższych dystansów. Potem ścięgna zaczęły dawać oznaki zmęczenia i St. Simon został wycofany z treningu i włączony do hodowli, gdzie jego sukcesy nie zostały dotychczas powtórzone przez żadnego ogiera.
St. Simon był najpiękniejszym koniem jakiego kiedykolwiek miałem okazję widzieć w stadninie i być może najlepszym, który kiedykolwiek nosił siodło. Trial ten był najbardziej niedyskretnym pytaniem, jakie zostało kiedykolwiek zadane koniowi pełnej krwi i na które to pytanie odpowiedziano z niebywałą łatwością.
III. Trial bardzo interesujący.
Tor wyścigowy S. Siro.
3000 m. Ostry galop.
Nearco 3 l., 54 kg
i Ursone 3 l., 49 kg.
Po przebyciu 1400 m, spotkały ogiera Bistolfi, 3 l., 54 kg, i przybyły:
1-y Nearco, łatwo,
2-i Bistolfi,
3-i Ursone, daleko.
Ursone biegał na tym dystansie 9 razy, wygrywając 7-krotnie i dwukrotnie zajmując drugie miejsce. Bistolfi był we Włoszech najlepszym koniem rocznika na dystansie 1500 m. Nearco wygrał łatwo Grand Premio di Milano i dwa dni później wyruszył w towarzystwie Bistolfiego do Paryża.
W tym samym dniu, przed Grand Prix, był wyścig na dystansie 1850 m Prix d'Ispachan, do którego zapisałem Bistolfiego. Miał on tu stawić czoła najlepszym francuskim specjalistom na tym dystansie. Bistolfi wystartował grany 8 do jednego i wygrał z łatwością, i dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę z ogromnego znaczenia mojego trialu rozegranego na torze S. Siro. I rzeczywiście, podczas Grand Prix, kiedy na początku prostej zobaczyłem Gubelliniego (dżokej), jak będąc na czwartej pozycji wysłał konia zdecydowanym ruchem rąk a Nearco odpowiedział ruszając do przodu jak pocisk, opuściłem lornetkę, pewny już wygranej.
Nikt w świecie - za wyjątkiem Nearco - nie byłby w stanie pokonać Bistolfiego, któryby w tym momencie przystąpił do walki. I tak właśnie było.
Zwycięzca włoskiego Derby pokonał zwycięzców angielskiego i francuskiego Derby tego samego roku.
Trenerzy pochodzą ze wszystkich klas społeczeństwa. Czasami są to dżokeje, którzy stracili wagę. Czasami są to koniuszowie, którzy zostali promowani na trenerów. Czasami są to właściciele, którzy trenują własne konie.
Ich przygotowanie jest różne - od szkoły podstawowej do dyplomu wyższej uczelni.
Ideałem byłoby, żeby wszyscy studiowali weterynarię. Dobra głowa, a przede wszystkim dobry koń, decydują o karierze trenera. Podstawa treningu jest zawsze jednakowa: - Obrok i praca.
Niegdyś nadużywało się środków przeczyszczających i wypacania koni. Można to było zrozumieć w czasach Eclipse'a, kiedy konie rozpoczynały trening w wieku 4 lat, obrośnięte już tłuszczem. Nim konie zaczną poważniej galopować, należy starać się, aby straciły trochę masy, żeby uratować nogi, czyli fundament. Dzisiaj zaprzestano już tych sposobów, za wyjątkiem rzadkich przypadków.

DZOKEJE


Dżokej (lub jockey) nie jest rzemieślnikiem lecz artystą. Starożytne powiedzenie mówi, że mówcą trzeba się stać lecz poetą trzeba się urodzić. My zaś możemy powiedzieć, że trenerem trzeba się stać, zaś dżokejem trzeba się urodzić. Aby stać się wielkim dżokejem potrzebne są dwie rzeczy wielkie i jedna mała.
1. Wielka wrażliwość i zmysł równowagi,
2. Wielka szybkość podejmowania decyzji,
3. Mała waga.
Jest to po części zasługa ojca i matki, a po części owoc wielkich wyrzeczeń. Dżokej cierpi głód, aby zarobić na jedzenie.
Już od zamierzchłych czasów sposób wymyślony przez człowieka, aby dosiadać konia, jest zawsze taki sam. Wskoczyć na grzbiet zwierzęcia jedną nogą po prawym a drugą po lewym boku i pozostać w równowadze mimo jego sprzeciwu. Jeździectwo jest sztuką równowagi.
Aby pozostać w równowadze trzeba jak najmniej przemieszczać środek ciężkości. Koń wyciąga lub skraca szyję, aby otrzymać ten rezultat - człowiek musi go naśladować. Kto opiera się na wodzach, znajdując w nich punkt oparcia, przeszkadza ruchom szyi i sprawia, że zwierzę traci energię i szybkość.
Najlepszy dżokej to ten, który najmniej przeszkadza koniowi.
Aby to osiągnąć kiedyś jeździło się na długich wodzach i w długich strzemionach. Po inwazji Amerykanów zaczęto jeździć na krótkich wodzach i w krótkich strzemionach, ponieważ w tej pozycji jest trudniej mimowolnie przeszkadzać koniowi. Do tego punktu możemy mówić o prostym praktycznym zastosowaniu reguł mechaniki.
Teraz natomiast zaczyna się sztuka dżokeja, który - bez stopera - musi umieć ocenić chód, poznać psychikę własnego konia jak i rywali, aby móc wykorzystać ich błędy przy szybkości ok. 1000 metrów na minutę.
Nie można tu mówić o nauce lecz o sztuce, ponieważ doznań psychicznych nie mierzy się w laboratoriach.

Fred Archer
Był niewątpliwie najsłynniejszym mistrzem tej sztuki. Koń w jego rękach był niczym skrzypce w dłoniach Paganiniego. Nigdy go nie widziałem w akcji, lecz niektórzy przyjaciele opisali mi go dokładnie. Miał wszystkie niezbędne przymioty dżokeja za wyjątkiem wagi. Wydawał się być eleganckim gentlemenem. Miał 175 cm wzrostu, małe dłonie i stopy, posągowy profil, był blady i miał melancholijne spojrzenie, jakby dane mu było przewidzieć swój smutny koniec.

Jego ciało nie było typowym ciałem dżokeja. Ale ile miał za to inteligencji, jaką intuicję i szybkość decyzji!
Poza sezonem wyścigowym ważył 66 kg, jednak dzięki ogromnemu samozaparciu i poświęceniu dochodził do tego, że mógł jechać nawet pod wagą 54 kg.
W domu kazał zbudować sobie łaźnię turecką i kiedy nie dosiadał koni swój czas spędzał pomiędzy łaźnią a W.C.
Pewien aptekarz z Newmarket wymyślił dla niego szybko działający środek przeczyszczający, który zasłynął jako Medicine Archer i cieszył się dużym wzięciem.
Archer wyglądał wtedy niczym szkielet.
A jednak ile energii potrafił wykrzesać z tego szkieletu!
Jego równowaga w siodle była doskonała. Jeździł na bardzo długich wodzach i w bardzo długich strzemionach.
Na finiszu przerzucał ciało naprzód na szyję konia i nawet chwilami tracił oparcie. Bezbłędnie oceniał chód konia.
Prawie zawsze znajdował odpowiednie miejsce w dystansie.
Pewnego razu, kiedy został zamknięty przy kanacie, widząc że jeśliby poszedł polem, nie zdążyłby dojść do czołówki, podniósł nogę, przecisnął się maleńką szczeliną i nie przeszkadzając nikomu niespodziewanie zameldował się jako pierwszy na celowniku.
Swój pierwszy wyścig wygrał mając 17 lat i już w tym samym roku, na Atlanticu, zwyciężył w klasycznym wyścigu 2000 guineas.
Ilość jego zwycięstw jest niebywała! Przez dziesięć lat z rzędu był liderem w klasyfikacji zwycięskich dżokei. Dosiadał koni w 8084 wyścigach i 2748 razy był pierwszy.
Popełnił samobójstwo w ataku gorączki w wieku 29 lat. Na jego pogrzebie był obecny Książę Walii.
W Newmarket opowiadają, że czasami nocą można zobaczyć jego widmo galopujące na duchu niezwyciężonego Ormonde.

Tod Sloan
Lord Beresford sprowadził go z Ameryki do Anglii w 1897 roku. I to właśnie on był odpowiedzialny za upowszechnienie amerykańskiego dosiadu w Europie. Dosiad ten został wymyślony przez jeźdźców murzyńskich.
Strzemiona i wodze króciutkie, kolana nad kłębem i głowa w grzywie.

W tej małpiej pozycji Ted Sloan potrafił nawet zmieniać formę koni i stał się idolem tłumów, niczym gwiazdor filmowy. Kiedy widziałem go w akcji po raz pierwszy wywarła na mnie wrażenie akcja jego konia.
Fizycznie był on przeciwieństwem Archera. Bardzo niski, mógł jechać pod każdą wagą bez konieczności zrzucania kilogramów. Jadł, pił, grał w karty, cieszył się życiem. Był fantastycznym sędzią chodu konia i wywierał magnetyczny wpływ na konie, szczególnie na te obdarzone trudnym charakterem.
Wierzę, że pozycja w dosiadzie amerykańskim, im bardziej zbliżona do małpiej, tym lepsza.
Dłonie nie powinny być dalej niż 20 cm od pyska konia, a głowa dżokeja na poziomie końskiej szyi. Ciało jeźdźca znika w ten sposób na koniu. Z człowieka zostaje tylko wola.
W tej pozycji zmniejsza się opór powietrza i przesuwa korzystnie do przodu środek ciężkości i uniemożliwia to owe zamaszyste, teatralne i często nieużyteczne gesty, które tak entuzjazmują okrutne tłumy krzyczące: Dawaj, Dawaj ! ...

Zróbcie następujący eksperyment :
Dwa konie, dosiadane na sposób angielski i wyjechane pod batem, przebiegną dany dystans w czasie x. W godzinę później, w tych samych warunkach jak: tor, waga i pogoda, powtórzcie eksperyment, tym razem w dosiadzie amerykańskim. Czas będzie mniejszy!
Mówi się potocznie:
X ma "dobry bat", aby powiedzieć, że X jest dobrym dżokejem. Jest to zdanie bardzo głupie.
Wydaje się, że Archer kilkakrotnie wygrał o krótki łeb, dzięki jednemu, energicznemu, uderzeniu bata zaaplikowanemu o kilka fuli przed celownikiem. Jest to możliwe. Jednak z reguły bat przeszkadza wygrać wyścig. A kiedy wygrywa się pod razami bata, to prawdopodobnie wygrałoby się tak samo bez bicia.
Gdyby Archer urodził się o pół wieku później, także i on jeździłby w krótkich strzemionach.
We Włoszech jeździ się trochę mniej pochylonym nad końską szyją niż w Anglii. Mimo to nasi jeźdźcy niejednokrotnie, z sukcesem, walczyli na torach zagranicznych.
Gubellini wygrał Grand Prix.
Caprioli wygrał l'Arc de Triomphe.
Federico Regoli wygrał Złoty Puchar Maisons - Laffitte.

Niestety od dawna są to wciąż ci sami artyści, którzy grają pierwszoplanowe role. Znają wzajemnie swoje wady i zalety. Są niczym zmumifikowani. Z braku konkurencji nie mogą się już rozwijać. Kto zaś nie idzie naprzód - cofa się.
Towarzystwa wyścigowe zwiększają ilość gonitw uczniowskich i ze zniżkami wagi. Dzięki takim to egzaminom promuje się uczniów - niewielu naprawdę dobrych, i jak dotąd nikt nie może poważnie zagrozić starym asom.
Jest rzeczą interesującą móc wyjaśnić to zjawisko lecz konieczne jest przede wszystkim znaleźć na to remedium.
Dawno temu uczniowie jeździeccy przystępowali do pracy w stajni w bardzo młodym wieku, za zgodą rodziców, i byli związani bardzo surowym kontraktem. Kontrakt Freda Archera z trenerem Matem Dawsonem zawierał następujący ustęp: "Chłopcu nie wolno zdradzać nikomu sekretów stajni, ma on słuchać z pogodą ducha wszystkich poleceń trenera, nie wolno mu grać ani w kości ani w karty, chodzić do barów za dnia ani tym bardziej nocą, otrzyma zaś jako wynagrodzenie dwa nowe ubrania: jedno na Boże Narodzenie, drugie na Wielkanoc."
Trener miał otrzymywać też połowę stawek za dosiady chłopca, jako wynagrodzenie za naukę sztuki jeździeckiej.
Osiągnięcie sukcesu było więc we wspólnym interesie. Obydwaj zmarli bogaci i sławni.
Także i dzisiaj założenia są podobne, lecz czasy zmieniły kontrakty. Uczniowie nie płacą już nauczycielowi lecz żądają od niego zapłaty za to, że ucząc się, niejednokrotnie niszczą mu "narzędzia pracy". Wielu z tych młodzieńców żali się, że są niedocenianymi geniuszami, żyje w barach i restauracjach , sprzedaje bukmacherom najgłębsze sekrety ich stajni. Jeśli nie zmienimy w krótkim czasie kontraktów zawieranych z uczniami jeździeckimi, ich edukacji i ich sumienia, już za kilka lat będziemy zmuszeni importować z zagranicy ludzki materiał pierwszej klasy. I tak gwiazdy naszych torów znów będą nosić imiona Tom, Jack i William.

Część 2


HANDICAPER

Słowo to pochodzi od "hand in cap" czyli "ręka w czapce". Prawdopodobnie niegdyś wagi w pewnych gonitwach pocieszenia były ustalane za pomocą losów, które ciągnięto wprost z kapelusza. Obecnie są one wyławiane przez mózg handicapera.
Definicja: Handicaper jest pracownikiem płatnym, który ogranicza lepszych i pomaga słabszym, aby dać wszystkim te same szanse na zwycięstwo. Jest on zawodowym specjalistą od równowagi, który wierzy, że za pomocą odpowiednio wyważonych wag, wszystkie konie będą mogły minąć celownik w tym samym momencie.
Lecz jest on jedyną na świecie osobą, której nigdy prawie nie udaje się osiągnąć całkowicie celu, dla jakiego pracuje, i to jest właśnie jego szczęście. Gdyby mu się to bowiem udało, towarzystwa wyścigowe musiałyby go zwolnić.

Wyobraźcie sobie właścicieli, jeźdźców i graczy, którzy wiedzieliby zawczasu, że przyjdzie im podzielić się równo nagrodą, ponieważ handicaper jest zbyt inteligentny. Byliby oni wszyscy z pewnością wściekli, a handicaper byłby wypędzony z raju za to, że nie popełnił żadnego grzechu. Na szczęście, jego ułomna natura oraz mięśnie jeźdźców pozwalają mu utrzymać swoje miejsce. Jednak dzieło jego umysłu rzadko spotyka się z aprobatą bezpośrednio zainteresowanych.
Tabela wag jest publikowana wcześnie rano i wywieszana przy wejściu na tor roboczy.
O tej porze handicaper śni jeszcze snem sprawiedliwych i nie słyszy wszystkich inwektyw, jakie są wypowiadane pod jego adresem.
Głupi, kretyn i imbecyl - zaliczają się do najmniej obraźliwych. Ktoś inny jest bardzo zadowolony. W takim wypadku milczy, uśmiecha się i oddala ukradkiem niczym przestępca. Prawdę powiedziawszy wynik gonitwy często nie odpowiada przepowiedniom złośliwych. Ale ci, którzy przegrali, zawsze będą złorzeczyć, a ci co wygrali, nie idą nigdy podziękować, aby handicapera nie obrazić, szczególnie, jeśli wygrali o wiele długości. Handicaper powinien mieć doskonały wzrok ale powinien być kompletnie głuchy - wtedy nie słyszałby obraźliwych uwag i nie dałby sobą powodować.
Dwóch spośród najlepszych handicaperów dawnych czasów było głuchych:
Admirał Rous w Anglii i hrabia Marcelli Flori we Włoszech.



Pewnego dnia, w mojej obecności, ten ostatni został obrzucony obelgami przez właściciela
pokonanego konia. Odpowiedział na to słodkim uśmiechem.
"On jest przecież głuchy" - powiedziałem. Grubianin ucichł speszony i odszedł odprowadzony serdecznym uśmiechem hr. Flori.

STARTER

Jest niezmiernie ważną osobą. Swoją pracą jest w stanie przysporzyć komuś lub pozbawić kogoś wielkich sum, bogactwa i honorów. Z tego powodu musi przede wszystkim być absolutnie nieprzekupny. Ale to nie wystarcza. Musi on posiadać także wiele innych zalet.
A więc:
- chłodny umysł,
- zdecydowanie,
- ogromny refleks,
- surowość,
- wyjątkowy zmysł sprawiedliwości.
Jeśli starter denerwuje się, traci panowanie nad sobą i zaufanie do jeźdźców - powstaje
prawdziwy chaos.

Stwierdziliśmy już, że handicaper powinien być głuchy. Teraz musimy dojść do wniosku,
że starter dla odmiany powinien być niemy. Kiedy krzyczy, denerwuje konie, jeźdźców i samego siebie. Ustawienie staje się coraz trudniejsze, niektóre konie tracą energię, a co za tym idzie także i szanse na zwycięstwo. Lepszy jest start średni ale szybki, niż doskonały, lecz po półgodzinnych nieudanych próbach.
Może być trzech winnych nieudanego startu: koń, jeździec, albo starter.
Koń musi dokonać ogromnego myślowego wysiłku, aby zrozumieć, czego naprawdę żąda od niego jeździec, który czasami wysyła go naprzód, a następnie gwałtownie zatrzymuje, kalecząc mu przy tym pysk i zawraca go z powrotem. W końcu koń zaczyna tracić cierpliwość.
Jednak z reguły koń bywa aż nadto cierpliwy. Czasem tylko któryś ze starszych koni strajkuje i odmawia ruszenia.
Niektórzy jeźdźcy szczególnie często są winni złych startów. Oni bowiem nie chcą ruszać dobrze, chcą ruszać lepiej niż inni i dlatego próbują "kraść start". Inni, którzy dosiadają koni spokojnych, celowo starają się opóźnić start, aby wykończyć konie bardziej nerwowe i odebrać im wszystkie szanse na wygraną. Tacy jeźdźcy są zwykłymi przestępcami, dla których żadna kara nie może być za surowa.
Teraz porozmawiajmy o starterze.
Zakładając jego nieprzekupność, musimy oceniać go na bazie osiągniętych rezultatów. Rozporządza on wieloma środkami, które decydują o powodzeniu startu, lecz nie powinien być zbyt skrupulatny. Byłoby rzeczą dziecinną domagać się, by konie były ustawione niczym żołnierze w szeregu. Nie wystarcza też nawet idealne ustawienie, aby start był dobry.
Jeśli na przykład jakiś jeździec, na polecenie startera, cofa swojego konia, aby znaleźć się dokładnie na linii, a w tym momencie starter, widząc konie idealnie ustawione, każe wystartować, to posłuszny pechowiec znajdzie się natychmiast w tyle stawki, ponieważ w momencie, kiedy inni wysyłali już konie na przód, on jeszcze nadal się cofał.
Wymaganie, aby konie stały nieruchomo, dowodzić może jedynie braku kompetencji i zdrowego rozsądku. Koń nie jest kotem, który jest zdolny trwać w bezruchu pół godziny czekając na szczura. Dobry starter powinien wyczuć moment, w którym wszystkie startujące konie znajdują się mniej więcej na tej samej linii. Należy przede wszystkim uważać, aby wybrać moment, w którym wszystkie pyski końskie są w kontakcie z rękami jeźdźców i kiedy są zwrócone w stronę maszyny startowej.
Starterzy są też ludźmi, a więc także i im zdarza się popełnić błędy, które jednak należy przebaczać. Jest tylko jeden grzech śmiertelny i niewybaczalny, który może popełnić starter.
To jest krzyczeć: Nie... Nie... Nie..., a potem niespodziewanie podnieść linę i krzyknąć: - Start!
W takim wypadku na pewno ktoś pozostanie na starcie, i będzie miotał przekleństwami, których szczęśliwie Wieczny Ojciec i tak nie słucha.
Gracze, którzy stracili swoje pieniądze, nie widząc nawet jak biegnie ich faworyt, są zawsze sprzymierzeńcami diabła.
Pewnego razu widziałem, jak podbili starterowi oko, zajęli paddock i domagali się zwrotu stawek, pod groźbą podpalenia kas totalizatora. Komisja techniczna, aby uniknąć poważniejszych kłopotów, tym razem ustąpiła. Wszystko wróciło na dawne miejsce - łącznie ze starterem z fioletowym okiem. Jedynymi, którzy doznali szwanku, byli: właściciel konia i jeździec. Stracili bowiem wygraną, której nie sposób odzyskać. Nie liczył się nawet fakt, że sumy zwrócone graczom, aby ich udobruchać, zostały praktycznie wyciągnięte z kieszeni właścicieli.

Niemy starter powinien mieć wyższą pensję.
Starter jest jak żona Cezara, która nie może wzbudzać podejrzeń.


SĘDZIA NA CELOWNIKU

Niegdyś był osobą nie mniej ważną, ponieważ od jego nieomylnego werdyktu zależał przepływ poważnych sum. Spośród wszystkich obecnych na torze ludzi, był jedynym, którego oko znajdowało się na linii prostopadłej do celownika, czyli był też jedynym, który mógł widzieć i oceniać porządek na celowniku. Patrzenie pod pewnym kątem zawsze prowadzi do błędów, pomyłek.
Dziś w wielu krajach, m.in. we Włoszech, odpowiedzialność sędziego na celowniku jest o wiele mniejsza. Na linii prostopadłej do celownika umieszczona jest fotokomórka. W wypadku niepewnego porządku - ona wydaje werdykt i ucina każdą dyskusję.
I tak sędzia na celowniku nie ryzykuje, jak starter, że zostanie obrażony słownie albo czynnie.
Sędzia może się pomylić, zdjęcie - nie.
W roku 1893, z górą pół wieku temu, byłem w Bois de Boulogne w dniu Grand Prix.
Werdykt sędziego:
1. Ragotsky (T.Lane),
2. Ravensbury (M.Cannon).
Krótki łeb.
Wszyscy, za wyjątkiem sędziego, widzieli jak angielski Ravensbury wygrywał o pół
długości. Być może, gdyby wykonano zdjęcie, spowodowałoby to inne przeznaczenie ogromnych sum.
W nagrodzie Premio Ambrosiano w 1913 roku mój Salvador Rosa, według orzeczenia sędziego na celowniku uległ klaczy Arianna o nos. Ogólna opinia jednak mówiła, że Salvador Rosa zwyciężył. Dwa dni później w kinie został wyświetlony film ilustrujący przebieg gonitwy. Salvador Rosa idący niczym błyskawica, był na nim pierwszy. Aby uniknąć ewentualnych dyskusji zdecydowano, żeby film zniszczyć, i była to decyzja słuszna.
W roku 1945, sędzia, będąc pewny swego werdyktu dotyczącego grupowego finiszu, nie chciał aby wywoływać film. Gracze zaprotestowali. Komisja podtrzymała protest. Zdjęcie zostało wywołane, i okazało się, że sędzia był w błędzie.
Sędzia zatem wpadł, niczym akrobata, który w locie minął się z trapezem.
Anglia dotąd nie zaakceptowała fotokomórki na finiszu. Studiuje problem. Nie chce eliminować człowieka, szczególnie zaś Anglika.

JOCKEY CLUB

We wszystkich krajach wyścigi płaskie nie podlegają państwowym trybunałom. I rzeczywiście, w regulaminie włoskiego Jockey Clubu jest paragraf:
"Każdy, kto uczestniczy w wyścigach, zobowiązuje się do akceptacji jakiejkolwiek decyzji, która w stosunku do niego zostanie podjęta przez komisję techniczną, i zobowiązuje się także do nie podejmowania jakiegokolwiek postępowania prawnego."
Pierwszy Jockey Club narodził się w Anglii, a później jego synowie rozproszyli się po świecie, docierając wszędzie tam, gdzie tylko końskie kopyta galopowały w stronę celownika.
Warto poznać jego historię.
Wyścigi konne były zawsze w Anglii popularną rozrywką, ba, można je nawet nazwać "pasją narodową". Nikt jednak nie przystępował do wyścigów, jeśli nie miał szansy na wygranie nagrody czy też zakładu, był to więc rodzaj hazardu.
Jednak gra hazardowa nie może istnieć bez ustalonych reguł, a reguły takie nie mogą istnieć, jeśli nie istnieje trybunał, który będzie czuwał nad ich przestrzeganiem.
Przed założeniem Jockey Clubu wszystkie sprawy sporne dotyczące wyścigów rozpatrywane były osobiście przez króla. W roku 1682 Karolowi II przedłożono następującą sprawę:
W pewnej gonitwie starter, Mr Griffin, powiedział najpierw:"Goe!" (naprzód) ale natychmiast wycofał się, krzycząc: "Stay!" (stać). Jeden jeździec usłuchał i ruszył. Drugi jeździec usłuchał i został. Kto miał rację ?
Niestety , nie wiemy jaka była reakcja króla. A szkoda, bo byłoby ciekawe byłoby ją poznać.
W czasach królowej Anny funkcję arbitra przejął, z rozkazu władczyni, Tregonwell Frampton (na obrazie W. Actona).



W tamtych czasach kluby zaczęły dopiero wchodzić w modę, nie posiadały jeszcze własnych siedzib, więc członkowie ich spotykali się na zebraniach, kolacjach i obiadach, w restauracjach i kawiarniach, jak później czynili to w Rzymie deputowani socjaliści, którzy zwykle spotykali się w Café Aragno.
W Londynie, niektórzy lordowie i inni szlachetnie urodzeni miłośnicy wyścigów, mieli zwyczaj spotykać się w oberży Star and Garter w Pall Mall, która słynęła z doskonałej kuchni i świetnych trunków. Właśnie ta oberża stała się kołyską Jockey Clubu. I tak oto w pewnym sportowym kalendarzu, opublikowanym przez Mr Johna Pratt'a, możemy przeczytać następujące ogłoszenie:
"W środę, dn. 1 kwietnia 1752 roku, odbędzie się w Newmarket wyścig przeznaczony dla koni należących do szlachetnie urodzonych członków Jockey Clubu, posiadającego siedzibę pod adresem Star and Garter - Pall Mall.

W tym samym czasie członkowie Jockey Clubu wydzierżawili, na okres 50 lat, lokale pewnej kawiarni usytuowanej przy głównej ulicy Newmarket. Jak nakazywał zdrowy rozsądek, przewidująco zasłonili wszystkie okna wychodzące na ulicę. W ten sposób, nie narażając się ani na obserwację ani na próby przeszkadzania, mogli podczas przyjemnych, suto zakrapianych whisky spotkań, ustalać podstawy regulaminów, które umożliwiły szybki rozwój wyścigów konnych we wszystkich krajach świata.

Ci czcigodni dżentelmeni, którzy w ciszy ich klubów, tonąc w wygodnych fotelach, studiowali opasłe tomy lub staczali niekończące się dyskusje nad księgami stadnymi, mogliby być z łatwością wzięci za klerykałów zagłębionych w lekturze Biblii.

W międzyczasie ustalono, że aby zostać członkiem Jockey Clubu, nie wystarczy być osobą uczciwą i należeć do wyższych warstw społeczeństwa, ale przede wszystkim należy wykazać się prawdziwą kompetencją na polu wyścigów. Z tego powodu, o przyjęciu do klubu miało decydować surowe głosowanie. Kolegium kompetentnych wybrańców zaczęło dzierżawić, a później także kupować duże połacie nieużytków, zmieniając je w hipodromy i tory robocze. Ukształtowanie terenu, odpowiednie podłoże, gęsta, wiecznotrwała murawa i inteligentne zabiegi pielęgnacyjne, zmieniały te tereny w elastyczny zielony dywan. Celem Jockey Clubu było doskonalenie końskiej rasy. Z tego powodu w programie znalazły się gonitwy tzw. klasyczne na różnych dystansach, opracowano także tabele wag i wreszcie doczekał się publikacji regulamin, opracowany aby osiągnąć jak najdokładniejsze wykonanie zamierzeń i uniknięcie oszustw. W roku 1827, trybunał sądowy w Cambridge, na którego terenie leży Newmarket, wydał werdykt, który uznawał prawo, na mocy którego, Jockey Club mógł zabronić wstępu na tory tym, którzy uchylają się od wykonywania jego poleceń lub używają w stosunku do organizatorów obraźliwych zwrotów. Werdykt ten zapadł jako wyrok w sprawie wytoczonej przez Jockey Club przeciw niejakiemu S. Hawkinsowi Esq., który znajdując się na terenie należącym do Jockey Clubu, zwrócił się, używając zwrotów nieparlamentarnych, do jednego z członków klubu, lorda Wharncliffe'a.
Prawo, pozwalające na zabronienie osobom niepożądanym wstępu na tory w Newmarket, jest najsilniejszą bronią w rękach Jockey Clubu, umożliwiającą obronę jego interesów. To zarządzające i prawodawcze kolegium jasno przedstawiło swoją pozycję w stosunku do innych towarzystw wyścigowych, w oświadczeniu z roku 1831, kiedy to wyjaśniło, że decyzje i regulaminy Jockey Clubu miały absolutną moc jedynie na terenie Newmarket, lecz wskazane byłoby stosowanie się do nich także poza jego granicami.
Za milczącą zgodą ogółu, jurysdykcja Jockey Clubu, we wszystkim, co wiąże się z wyścigami, została przyjęta i zwracano się do niego z prośbą o arbitraż we wszystkich sprawach spornych na tym polu. Oczywiście, także i Jockey Clubowi, nie zawsze udawało się uniknąć błędu. Jednak w ogólnym rozrachunku, wyniki jego działalności były z reguły owocne i dowodziły sprawiedliwości decyzji.
Wszyscy miłośnicy wyścigów zwracają wciąż swoje spojrzenie w stronę Newmarket, niczym katolicy w stronę Rzymu a muzułmanie w kierunku Mekki.

We Francji Jockey Club został założony w roku 1833, lecz wkrótce jego nazwa została zmieniona na SOCIETÉ D'ENCOURAGEMENT.
Organizacja ta wzięła przykład z Anglii, dostosowując go jednak do realiów francuskich. La Societe d'Encouragement jest organizacją o dużych zasobach finansowych, ponieważ należą do niej dwa większe francuskie tory: Longchamp i Chantilly. Tak zabezpieczona, może dyktować swoje warunki.
Także i we Włoszech został w 1880 roku, założony włoski Jockey Club, oparty na wzorze angielskim, a jego celem było propagowanie wyścigów koni pełnej krwi angielskiej, w miarę możliwości na własnych torach wyścigowych.
Wszystkie Jockey Cluby szybko bogaciły się, ponieważ pełniły funkcję impresariów przemysłu rozrywkowego i były właścicielami torów. Tak więc ich sfera wpływów nie ograniczała się do wydawania mądrych werdyktów. Jedynie włoski Jockey Club na modłę franciszkańską pozostał nadal ubogi. Miałby on pełne prawo zawołać: "Nie posiadam nic za wyjątkiem honoru !"
Dlaczego? Z pobudek duchowych czy z braku kompetencji? Spytajcie o to ducha hr. Feliksa Scheiblera, który być może niepocieszony, nocami błądzi od Tor di Quinto do Cappannelli.



Powrót do treści | Wróć do menu głównego