Tower Racing

Szukaj

Idź do treści

Tesio. Oszusci


Federico Tesio

O S Z U Ś C I

tłum. Małgorzata Caprari

Początki

Pierwsze wyścigi były to tzw. Matches.
- Mój koń jest szybszy niż twój.
- A ja Ci mówię, że nie.
- Założymy się ?
- Zgoda. 5 tysięcy funtów ?
- Przyjmuję.
W 1700 roku tak rozmawiali lordowie i magnaci, zgromadzeni po sutym obiedzie dokoła butelki starego Porto. Mieszkańcy całego hrabstwa zjeżdżali się, aby asystować przy tym ciekawym przedstawieniu, i zakładali się między sobą. Tak narodził się angielski sport narodowy.
Bardzo szybko, w całej Anglii, zostały zbudowane hipodromy i powstały towarzystwa, które organizowały wyścigi otwarte dla wszystkich koni. Nagrody stanowiły czasami ciężkie talerze ze srebra wysokiej próby (Plates) lub pewna stawka pieniężna, wzbogacona sumami z zapisów na dłuższą metę i z ciężkimi forfaitami (Stakes).


Bukmacherka

Około roku 1800 na ziemi pojawił się pierwszy bukmacher. Urodził się w Newmarket. Nazywał się Davis, z zawodu był murarzem i pewnego razu przyszedł mu na myśl genialny pomysł, aby zaoferować swym kolegom inną stawkę za każdego konia startującego w gonitwie, płaconą za zakład wysokości pół korony.
Był prawdziwym znawcą koni, był też uprzejmy i wygraną wypłacał zawsze z uśmiechem.
Szybko też odkrył, że założenie domu gry było bardziej dochodowym przedsięwzięciem niż murowanie fundamentów budynków. Pojechał do Londynu i tam, przy Strandzie, otworzył lokal, gdzie oferował graczom niezłe stawki za każdy bieg.
W 1863 roku dom gry został zlikwidowany, lecz Davis wtedy już zbił ogromną fortunę.
Był to prawdziwy Adam bukmacherów.

Wkrótce pojawiło się ich wielu, wśród nich niejaki Crockford, który otworzył dom gry przy St. James Street i wymyślił zakład podwójny (porządek). Przeniósł do swojej kieszeni cały zasób gotówki należącej do eleganckiej młodzieży londyńskiej, a także stał się bohaterem pewnej makabrycznej historii, o której zaraz opowiem.

Hazard, czy nie?

O wiele później narodził się totalizator, czyli zakład ciągły. I tutaj nasuwają się od razu dwa pytania :
1. Czy zakład wyścigowy jest grą hazardową ?
2. Co jest bardziej słuszne: zakład o stałą sumę u bukmachera, czy zakład o kwotę zmienną, jak w totalizatorze ?
Na pierwsze pytanie Sądy Najwyższe Anglii i Francji odpowiedziały następująco :
"Za gry hazardowe, uważa się grę w kości, bakarata i w lotto, czyli te, w których rezultat jest wynikiem przypadku, bez jakiejkolwiek możliwości wpływu inteligencji grającego na wynik gry" (oczywiście za wyjątkiem inteligencji szulerów).
A więc wyścigi nie są grą hazardową dla osób, które studiując formę koni i umiejętności jeźdźców mogą, dzięki swej inteligencji i doświadczeniu, przewidzieć przypuszczalny rezultat. Natomiast wyścigi stanowią grę hazardową dla laików. Jest to oryginalna definicja, ponieważ każdy "doświadczony" był przecież kiedyś laikiem.
Na drugie pytanie, tj. czy słuszniejszy jest zakład na konkretną kwotę u bukmachera czy na kwotę nieznaną w totalizatorze, trzeba by odpowiedzieć w następujący sposób:
- U bukmachera wiadomo od razu ile można przegrać i ile można wygrać.
- W totalizatorze wie się od razu ile można przegrać, podczas gdy nie wiadomo ile można wygrać. Czasami nie wygrywa się nic, mimo trafnego odgadnięcia wyniku wyścigu. Jest to sprawa trafu.
A więc totalizator jest w pewnym stopniu grą hazardową.

Przebieraniec

Tor wyścigowy jest doskonałym środowiskiem, w którym rozwija się wirus przestępstwa.
A oto opowieść o najbardziej wyrafinowanym oszustwie w historii wyścigów, opowieść która może sprawić, że autorzy kryminałów zżółkną z zazdrości.
Sprawa Running Rein'a. Epsom, maj 1844 r.
Dzień Derby jest najpopularniejszym świętem w Anglii. Panuje prawdziwie karnawałowa atmosfera. Tego dnia, na pofalowanych wzgórzach Epsom, spotykają się na przyjacielskim pikniku i w przyjacielskiej atmosferze, te same klasy społeczne, które na co dzień staczają wielkie bitwy w parlamencie. Komuniści, liberałowie i konserwatyści oklaskują te same barwy. Oto odbywa się eksperyment, który ma wykazać, który koń wyścigowy z rocznika 1841 jest najlepszy, i ten właśnie ma być udekorowany błękitną wstęgą.
Niezliczone tłumy. Piknik i śniadanie na trawie. Muzyka i śpiewy. Pajace i satyrowie.
Pierwszym faworytem jest Ratan, krążą jednak głosy o jego wczorajszej niedyspozycji, mówi się nawet o próbie otrucia. Kwota waha się ... Być może koń wcale nie wystartuje...
W ostatnim momencie wiadomo, że Ratan jednak stanie na starcie.

Konie cantrem zbliżają się do linii startowej... Są już w dyspozycji startera...
Chorągiewka obniża się... Poszły...
Na czele pojawiają się barwy lorda Derby, za nimi kolory Mr.Cook'a... Faworyt Ratan jest ósmy...mocny wyścig... (Tłum jest taki, że niektórzy widzowie zupełnie nie widzą przebiegu gonitwy. Murzyni, którzy weszli na ogrodzenie, z góry relacjonują przebieg gonitwy). Dochodzą do Tottenham Corner... Są w zakręcie... do przodu zdecydowanie przechodzi Running Rein Mr.Wood'a... Za nim idzie Orlando pułkownika Peel'a... Faworyt Ratan jest gdzieś w tyle.. Running Rein galopuje w stronę celownika...Orlando go atakuje... zagraża mu , walka... Reszta stawki została w tyle... oto celownik... Przeszły.
1. Running Rein o 3/4 długości, 2. Orlando, 3. Jonian o 2 długości, 4. Bay Momus.
Następne bóstwo wstępuje zatem na Olimp? Jeszcze nie. Dlaczego tak zwlekają z zatwierdzeniem rezultatu? Co się stało? Skandal. Pułkownik Peel, właściciel Orlanda, założył protest przeciwko zwycięzcy, oskarżając go o fałszerstwo. Komisja zawiesza wypłatę nagrody i zakładów. Otwiera śledztwo.
Bukmacherzy natychmiast przyjmują zakłady, jaki będzie wynik dochodzenia. Publiczność przystępuje do gry. Running Rein, już jako dwulatek, skłaniał do podejrzeń co do swej tożsamości. Zapisany po raz pierwszy w Newmarket wygrał łatwo, bijąc należącą do księcia Portland klacz Crenoline.
Wzrost i stopień rozwoju, niespotykane u konia dwuletniego, sprawiły, że zaczęto odejrzewać, iż jest to trzylatek ze sfałszowanym pochodzeniem. Jednak po dokładnym zbadaniu sprawy okazało się, że dokumenty i zmiany właściciela, były w zupełnym porządku, a narodziny w pierwszych dniach stycznia zdawały się usprawiedliwiać zaawansowany rozwój, stan uzębienia i szybkie dojrzewanie.
Koń ten zapisany do Derby 1844 pod imieniem Running Rein, według dokumentów miał urodzić się w roku 1841 w stadninie Mr.C.R.Coob'a, aptekarza z Malton. W wieku 6 miesięcy został sprzedany niejakiemu Goodmanowi Levy, słynnemu graczowi i posiadaczowi kilku koni wyścigowych. W 1843 r. Goodman przekazał konia, z dokumentami w absolutnym porządku i znakami charakterystycznymi wymienionymi w tychże, niejakiemu Mr. A.Woodowi, handlarzowi zbożem z Epsom, u którego zalegał z opłatami za dostarczoną paszę.
Cena sprzedażna została ustanowiona na 200 funtów szterlingów, które wykreślono z długu oraz na pewien udział w ewentualnych wygranych.
Koń został oddany do treningu w stajni niejakiego Smith'a w Epsom, kierowanej jednak przez Goodmana.
W międzyczasie komisja techniczna odszukała człowieka, który miał być świadkiem narodzin Running Reina i zajmować się nim aż do dnia sprzedaży. Sprowadzono go do Newmarket i pokazano mu konia. Poznał on natychmiast Running Reina, wskazując konkretne znaki charakterystyczne, i stwierdził, że jest to ten właśnie koń a nie szalbierz.
Podniesieni na duchu takim rozwiązaniem, Goodman i jego wspólnicy, postanowili natychmiast spróbować posilić się na cześć zwycięstwa w Derby. Śmiałość, dobra organizacja, dochowanie sekretu!
Biorąc pod uwagę poprzednie dochodzenie w tej sprawie, śledztwo zapowiadało się trudne i skomplikowane oraz pozbawione większych nadziei.
Tutaj, niczym w kryminałach, na scenę wkracza detektyw-amator: Lord George Bentinck - przyjaciel pułkownika Peel'a, właściciela Orlanda. Przystojny elegancki młodzian, prawdziwy dandys.

Święcie przekonany, że Running Rein jest szalbierzem, postanowił rozwiązać zagadkę.
Zaczął dokładnie sprawdzać księgi bukmacherów. W księdze Crockforda, największego bukmachera Londynu, natrafił na zapis zakładu 1000 funtów przeciwko 50 000 na imię Goodmana, oraz inne duże zakłady, dokonane przez jego przyjaciół. Była to prawdopodobnie banda oszustów, specjalizująca się w wyścigach. Należało tego dowieść.
Zwycięzca w Derby musiał być koniem czteroletnim, biegającym pod fałszywym imieniem Running Rein. Jednak znaki charakterystyczne, były właśnie takie, jakie podał masztalerz obecny przy narodzinach Running Reina. Gniady, mała gwiazdka na czole, kropkowana odmiana na prawej przedniej nodze, niska odmiana na lewej tylnej.
Detektyw - amator zaczął rozumować : ,,Można zamalować odmianę, lecz trudno stworzyć nową''
Wyszedłszy z tego założenia, rozpoczął poszukiwania gniadego, czteroletniego konia, z dużymi odmianami, który przynajmniej przez krótki czas byłby w posiadaniu Mr.Goodmana.
W urzędzie Weatherby, wertując księgę stadną, znalazł wiadomość, że oszust na aukcji roczniaków w Doncaster w 1841 r. zakupił konia hodowli Sir C. Ibbastona. Był to syn Gladiatora i Capsicum, a nazywał się Maccabeus.
Jego opis brzmiał: gniady, gwiazdka na czole, wysokie odmiany na prawej przedniej i lewej tylnej nodze. Koń ten nigdy nie pojawił się na żadnym torze wyścigowym, a nawet zgłoszono jego śmierć. I tu właśnie należało szukać oszustwa.
Prawdziwy Running Rein - 3-letni - zniknął, a jego miejsce zajął czteroletni Maccabeus, któremu zamalowano po części wysokie odmiany, aby odpowiadał dokładnie opisowi Running Reina zamieszczonemu w księdze stadnej.
I to właśnie było rozwiązanie zagadki kryminalnej odkryte przez młodego lorda-detektywa.
Jednak, aby to udowodnić, przede wszystkim należało znaleźć sprzedawcę farby.
Lord George odwiedził wszystkie drogerie znajdujące się w pobliżu domu Goodmana w Londynie, pytając czy nie sprzedali jednej osobie większej ilości farby do włosów koloru brązowego. Odpowiedzi jednak okazały się przeczące. Zaczął więc kolejno odwiedzać także i fryzjerów tej dzielnicy i wreszcie znalazł włoskiego fryzjera o nazwisku Rossi, który przyznał się, że sprzedał taką farbę pewnemu panu, którego nazwiska nie zna, ale którego bez kłopotu mógłby rozpoznać.
Bez chwili wahania lord George przywołał dorożkę, zawiózł Włocha do kawiarni odwiedzanej przez Goodmana i zapytał Rossiego czy wśród obecnych może rozpoznać swego klienta.
Rossi bez wahania wskazał Goodmana.
W tej sytuacji detektyw - amator zwołał posiedzenie komisji Jockey Clubu i poprosił sędziów, aby byli obecni przy zdemaskowaniu oszusta.
Wspaniały finał tego kryminału, niestety nie nastąpił, lecz zamienił się w smutną farsę.
Oskarżony - Running Rein - został sekwestrowany i nie wolno mu było opuszczać stajni, której brama była dzień i noc strzeżona przez policjanta.
Jednak, dzień przed spotkaniem, na którym miało odbyć się zdemaskowanie oszustów, przed bramą stajni pojawił się elegancki młodzieniec na gniadym koniu. Wjechał do stajni, aby porozmawiać z trenerem, a po półgodzinie opuścił ją, również konno, uprzejmie żegnany przez policjanta.
Wieczorem odkryto, że fałszywy Running Rein, to znaczy prawdziwy Maccabeus, zniknął, na jego miejscu znalazł się gniady półkrewek. Po zbiegu ani śladu. Prawdopodobnie zapłacił życiem za swoje zwycięstwo w Epsom.

W ten sposób zginął materialny dowód dokonanego oszustwa, lecz jednocześnie dostarczono dowodu moralnego. Zaginiony Running Rein został zdyskwalifikowany, a zwycięzcą Derby 1844 r. ogłoszono Orlando.
Z teatralnego punktu widzenia, można żałować, że zabrakło kulminacyjnej sceny zdemaskowania winnych, lecz za to zostało rozegrane intermedium na pół makabryczne, o którym chciałbym teraz opowiedzieć.
Wielki bukmacher i właściciel domu gry Crickford, bliski przyjaciel ministra Disraelego i pierwszych książąt i lordów angielskich, zmarł rażony apopleksją w wigilię Derby 1844.
To właśnie u niego szajka oszustów założyła wielkie zakłady na Running Reina. W Anglii prawo nakazywało umorzenie wszystkich długów hazardowych w wypadku śmierci dłużnika.
I tak wszystkie zakłady, których banda oszustów dokonała na fałszywego, malowanego Running Reina, miałyby być unieważnione, a zatem dwa lata trudu miały iść na marne.
Oszuści podjęli natychmiast środki zaradcze.
Zajęli oni dom i przekupili kamerdynera, a następnie ubrali trupa i umieścili go w fotelu przy oknie wychodzącym na St.James Street, skąd Crockford miał zwyczaj zawsze obserwować przechodniów. Jego naturalna żółtawa cera, prowadzącego nocne życie starca, tłumaczyła pośmiertną bladość.
Ci wszyscy, którzy wracając z Epsom, przechodzili przez St.James Street, a były ich całe tłumy, mogli świadczyć, że jeszcze w kilka godzin po gonitwie Derby bukmacher Crockford był żywy. Następnego ranka poczęła krążyć wieść, że w nocy zabił go atak apopleksji. Także i to makabryczne oszustwo udało się szajce hochsztaplerów, ale nie przydało im się to do niczego, ponieważ fałszywy Running Rein został zdyskwalifikowany i zakłady przepadły.
Kiedy do Epsom dotarła wiadomość o dyskwalifikacji i o tym, że Orlando został uznany za zwycięzcę Derby, dzwony wszystkich kościołów zaczęły dzwonić, a ludzie wybiegli na ulicę krzycząc: Niech żyje lord George Bentinck, obrońca uczciwości wyścigów! I natychmiast rozpoczęła się składka, aby ofiarować mu pamiątkowy srebrny talerz, na pamiątkę świetnego czynu.

Wyścig "gazetowy"

Nie tragiczne lecz raczej komiczne, było inne znane oszustwo.
Pewni oszuści, obdarzeni wielką wyobraźnią, opublikowali na łamach pisma "Sportsman", w czwartek rano, wiadomość o mającym się rzekomo odbyć następnego dnia mityngu wyścigowym, w jednym z małych hrabstw południowej Anglii. Wiadomości towarzyszył program zapisów i lista ewentualnych startujących.
Najważniejszą gonitwą programu był ciekawy i dobrze wyważony handicap, bardzo mocno obsadzony. Prowincjonalne konie i jeźdźcy zdawali się obiecywać dodatkowe atrakcje.
Bukmacherzy londyńscy zaczęli natychmiast przyjmować zakłady, a gracze zaczęli grać.
W dzień później, w sobotę z rana, gazeta opublikowała wyniki gonitw, przysłane poprzedniego wieczoru.
Jest oczywiście rzeczą zbędną wspominać, że wszyscy zwycięzcy byli mocno grani.
Kiedy odkryto, że rzekomy mityng w rzeczywistości nie miał miejsca, oszuści odebrali już wygrane i zniknęli.


Kant na połotach

We Włoszech brak wielkich operacji przestępczych, nie dlatego, że naszym złodziejom brak chęci do kradzieży, czy też sprytu. Po prostu nie ma co kraść. Nagrody są bardzo niskie, a zakłady wprost śmieszne. Mimo to opowiem teraz o pewnym zdarzeniu, w którym sam wziąłem udział.
W końcu ubiegłego wieku posiadałem trzy konie przeszkodowe, których sam dosiadałem w gonitwach. Przywiozłem je do Rzymu, aby biegać nimi na Capanellach.
W tamtych czasach przeszkody były o wiele bardziej skomplikowane, a szczególnie trudne do pokonania były płoty- stacjonaty, charakterystyczne przeszkody okolic Rzymu.
Zapisałem jednego z koni do gonitwy na dystansie 4000 m. Na starcie stanęliśmy w szóstkę.
Irlandzki hunter kawalera Ranicciego był faworytem, nie dlatego, że był szczególnie szybki, lecz dlatego, że był jedynym koniem, co do którego można było mieć pewność, że w ogóle ukończy wyścig.
Najszybsza natomiast była pewna klacz francuska, która jednak źle skakała stacjonaty i prawdopodobnie wywróciłaby się przed celownikiem. Dosiadał jej Pound, najlepszy wówczas jeździec przeszkodowy.
Natychmiast po starcie Pound wysunął się na czoło i poprowadził dość mocno. Umieściłem się tuż przy jego siodle. Skaczemy bankiet. Skaczemy stacjonatę. Klacz uderza w przeszkodę, lecz górny drąg łamie się łatwo niczym trzcinka.
Skaczemy riwierę. Skaczemy mur. Ciągle łeb w łeb.
Inne konie za nami o kilka długości. Zbliżamy się do klatki. Trzeba najpierw skoczyć do środka, a następnie na zewnątrz. To najtrudniejsza przeszkoda w całej gonitwie.
Mój koń jest niepewny. Posyłam go naprzód. Klacz robi błąd, lecz przechodzi, ponieważ uderzony przez nią drąg łamie się i otwiera niczym skrzydła drzwi.
Natomiast mój koń po dwóch faulach znajduje się naprzeciw drąga mocno przybitego. Uderza o niego i pada. Mówiło się wtedy "far panache"- fiknąć koziołka. Przez moment jestem ogłuszony. Potem podnoszę się. Nic złamanego. Mój koń podniósł się już wcześniej i teraz leci z tyłu za stawką.
Dokładnie oglądam drągi.
W miejscu, gdzie skakał Pound, drągi zostały umiejętnie podpiłowane i trzymały się tylko tak, że w wypadku najlżejszego dotknięcia musiały się złamać. Pound wiedział z całą pewnością, w którym miejscu ma skakać. Wracając na wagę nie powiedziałem jednak o tym nikomu.
Dopiero wieczorem, jedząc kolację w Klubie Myśliwskim, opowiedziałem o całym wydarzeniu.
Oczywiście wszyscy byli zadowoleni, że nie stało mi się nic złego, jednak nikt się specjalnie nie zdziwił.
Nagroda wynosiła 1500 lirów, a najwyższy zakład - 250 lirów i było to 3 do 1.
Duża strata i mały zarobek.

Od tego dnia, gdy miałem jechać na torze Capanelle, zawsze wcześniej obchodziłem hipodrom, ażeby sprawdzić, czy drągi były rzeczywiście dobrze zamocowane.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego