Gala to była chyba tylko w opisie i napisie.
Dzień niczym się nie wyróżniał od zwykłego dnia wyścigowego, zero oprawy czy świątecznego nastroju, zero pokazów czy atrakcji między gonitwami. Pomimo, że w Warszawie się rozpogodziło, frekwencja na torze była poniżej oczekiwań. Zabrakło reklamy i pomysłu na stworzenie odświętnej oprawy. Takie jakieś to Derby "bez jaj".
Sama gonitwa - bez niespodzianek, wygrał ten co miał wygrać. Słowa uznania należą się trenerowi Siwonii za przygotowanie Lebowskiego na drugie miejsce.
Niespodzianką był og.Design na miejscu trzecim, a dzielna Best Line, która miała pomagać Cacciniemu była czwarta.
Czas gonitwy nie zachwyca - 2'34.2'', pierwsze czterysta metrów -27,4, by następne trzy ćwiartki dalekie były od ćwiartek w wyścigach selekcyjnych - 32,5-32,9-31,9-, ostatnia ćwiartka - 29,5. Śmiało można nazwać tę gonitwę, gonitwą na tak zwaną "końcówkę".
Caccini wygrał o 3 dł. przed mniej liczonym Lebowskim, a Design i Best Line dzieliło 3/4 i szyja do Lebowskiego.
Nie zaistniała w wyścigu zwyciężczyni Nagrody Soliny, Iron Belle, ani drugi w Iwna Excalibur.
Nie wspomnę już o moim faworycie na 2. m Langfuhrze, który zamknął stawkę w najważniejszym sprawdzianie dla trzylatków.
Osan miał rację w 100 %, Langfuhr zapłacił frycowe za szybkie Strzegomia i Rulera. Wielka szkoda.

